Blasphemathory – “Sadistic Blood Ceremony” (2018)

Uwaga, Meksyk! Chyba należałoby dać naklejkę z takim ostrzeżeniem na to wydawnictwo. Zarówno jeśli chodzi o kraj pochodzenia, jak i zniszczenie, jakie sieje debiutancki mini album szalonego, latynoskiego tercetu. W Blasphemathory udziela się perkusista znany między innymi z Grotesque Deity, były wioślarz Cenotaph oraz wokalista Putrescence. Słuchacze zorientowani w meksykańskiej scenie już powinni wiedzieć, czego się spodziewać, cała reszta niech przygotuje opatrunki – Sadistic Blood Ceremony to intensywny, brutalny death metal, gwarantujący krew z uszu.

Jest bardzo krótko i bardzo intensywnie. Cztery utwory sieją śmierć i pożogę, mielą, trawią i przeżuwają z pełnym zaangażowaniem. Za wszystkim stoją wytrawni muzycy, którzy nie muszą definiować brutalnego death metalu na nowo, wiedzą za to jak skutecznie mordować za pomocą muzyki. Zwarta, żeby nie powiedzieć ciasna produkcja przytłacza ścianą dźwięku i ma w sobie sporo uroku charakterystycznego dla lat 90. Gitary rzężą i wwiercają się w głowę, pulsujący bas przytłacza ciężarem. Pozytywnie zaskakuje perkusja, która pędzi jak dywizja pancerna, ale bębniarz częściej stawia na mądre milczenie niż bezmyślne atakowanie blastami. Dzięki temu sekcja jest daleka od sterylności i ma w sobie dużo życia. Kompozycyjnie zespół jest równie bezbłędny – grad gitarowych riffów przypomina trochę Angelcoprse z czasów sprzed reaktywacji (Blasphemathory), w najbardziej rozszalałych fragmentach przejawia się fascynacja Incantation. Słychać też, że Panowie mają duży sentyment do pierwszej płyty Morbid Angel, a także do całej, amerykańskiej death metalowej spuścizny otagowanej słowem „brutal”. Tremolowe riffy na zmianę z otwartymi akordami przewijają się przez cały materiał, czasami przewagę bierze twarde klangowanie, atakujące jak seria z karabinu maszynowego (Infraworld Assassins). Wszystko ma swoją logikę, a każdy kolejny fragment jest konsekwencją poprzedniego.

Z jednej strony te dwadzieścia minut mija jak mgnienie oka, z drugiej zaś wystarczyło, żeby wysłać słuchacza na oddział intensywnej terapii. Szkoda, że tak krótko, ale aż strach myśleć co by było, gdyby wydawnictwo miało formę pełnego albumu. Wielu pewnie powie, że nie ma czym się zachwycać, że to nikomu niepotrzebne mielenie jakiego wszędzie pełno. Bardzo możliwe, ale Blasphemathory powołano właśnie po to, by mordować, jak za czasów, kiedy death metal przeżywał swoje największe lata świetności. Piękny cios, czekam z niecierpliwością na kolejne płyty od tych szalonych amigos.

 

Ocena: 9/10

 

 

Rafał Chmura

Im większa abstynencja muzyczna, tym bardziej liberalne kryteria jej wyboru
Rafał Chmura

Tagi: , , , , , , .