Blodhemn – “Mot ein evig ruin” (2019)

Norweski Blodhemn wydał właśnie swój trzeci pełnowymiarowy krążek o dźwięcznym tytule Mot ein evig ruin. Postanowiłem więc sprawdzić jak owocne dla kapeli było ostatnie pięć lat (czyli czas, który minął od wydania drugiego krążka o nieco mniej dźwięcznej nazwie H7) i jak na jakość ich wydawnictwa wpłynął fakt zmiany labelu z Indie Recordings na Soulseller Records.

Płyta zawiera łącznie osiem kawałków, choć półtoraminutowego intra najchętniej nie wliczałbym w poczet dokonań zespołu. Na szczęście numer kolejny (Det gjekk ein faen) rozgrzewa atmosferę na płycie z każdą minutą swojego istnienia. Na to „drugie śniadanie” dostajemy składną dawkę klimatycznego blacku pomieszanego z thrashem, okraszonego bardziej thrashowym niż blackowym growlem. Utwór następny jest jeszcze szybszy i jeszcze ostrzejszy, ale znów bardziej romansuje z klimatami thrashowymi niż blackowymi. Poza wokalem stan ten potwierdza choćby zajadła solówka gitarowa. Stare polskie przysłowie mówi, że im dalej w las, tym więcej drzew. A że przysłowia są mądrością narodów, to i tu wspomniane wyżej sprawdza się w całej rozciągłości. Kolejne utwory konsekwentnie realizują zadanie polegające na przedstawieniu muzyki niezbyt prędkiej, za to zagranej na wyrazistych partiach gitarowych oraz wspomaganych przez systematyczną heavymetalową sekcję rytmiczną. A nad wszystkim bezustannie króluje thrashowy wokal. Oczywiście zdarzają się momenty szybsze (jak choćby ten na Uante krefter i fra nord) i wolniejsze (pełno ich porozsiewanych w prawie każdym numerze), ale ogólny wydźwięk albumu pozostaje niezmienny, pomimo tego, że na Mot ein evig ruin zdarzają się i smaczki przypominające klimatem np. Belus Burzuma (posłuchajcie końcówki Nordhavs speil).

Linie melodyczne i w ogóle stopień skomplikowania utworów uznałbym jako średni, ale to akurat zaleta albumu, gdyż słucha się go niezmiernie przyjemnie, mimo nieco dziwnego jak na ten gatunek klimatu. Do gustu przypadła mi też forma linii gitar i przejrzystość struktury utworów. Tu można wsłuchać się w każdy instrument i wokal. Nie ma mowy o bezosobowej ścianie dźwięków, tu każdy riff jest do odczytania, a każde uderzenie perkusji można rozkminić na domowym zestawie audio. Czyli jednym słowem brawo Soulseller Records.

Mot ein evig ruin to zdecydowanie nie jest oczywista płyta. Muszę wręcz przyznać, że po pierwszym odsłuchu chciałem ją odłożyć na półkę i zapomnieć o tym wydawnictwie. Niemniej z każdym kolejnym numerem i z każdym kolejnym powrotem do najnowszego dziecka Blodhemn moje uznanie dla ich najnowszego dokonania rosło. Aż urosło do cyfry 8.

Ocena 8,0/10,0.

 

Tagi: , , , , , , , .