Blutrina – “Looney Fuckin’ Grind” (2016)

Grindcore, jaki jest, każdy widzi. Okładka przedstawiająca kilku uciekinierów z szpitala w Owińskach, wyraźnie zafascynowanych efektami przemiany materii, do tego brzydka w luj i szarobura. Każdy, kto preferuje muzykę w najmniejszy choć sposób ambitną, proszony jest natychmiast oddalić się od tego artykułu. Z drugiej strony, taka osoba raczej nie kliknęłaby w miniaturkę recenzji.

Wydany przez Loud Rage Music album jest pierwszym krążkiem od rumuńskich szajbusów. Zawiera siedemnaście/osiemnaście (kwestia sporna, w promce utworów było mniej niż wyliczonych na skanach layoutu tejże promki) numerów trwających około pół godziny. Pół godziny deathgrindowej patologii.

Przyznam szczerze, że naprawdę nie miałem ochoty zabierać się za coś, co wyglądało mi na tępy, wtórny i wymuszenie śmieszny album. Już sobie roiłem jak to będę bo Blutrinie jechał, niczym typowy kucofil-korwinista po wszelakim lewactwie. A tu nagle pojawiło się intro od Fucking Shit, które zawiało wykrzywionym surf rockiem. Mniej więcej po pięciu sekundach zdecydowałem się porzucić pomyślunek. Późniejsza, mocno groove’ująca (w dobry, bardzo koncertowy sposób) część i tekst na ucho brzmiący “Polka, Polka, KŁIIIIIII” raczej nie skłoniła do brania tej płyty na serio. A drugi Chloroform i rozpoczynający go motyw z Mission: Impossible tylko to potwierdził. Ta płyta to żart, wygłupy i pijacka zabawa. Od czasu do czasu trafi się tu fajny motyw deathgrindowy (niekiedy z odchyłem w stronę pierwszego członu), ale to i tak tylko przykrywka dla kolejnych zapożyczeń i sampli. Głównie z serii Looney Tunes. Lubisz Strusia Pędziwiatra? Więc na pewno spodoba ci się Roadrunner Roadkill z wysamplowanym ikonicznym “bip bip”. Wolisz jąkającego się prosiaka? Przesłuchaj I Know Something I Won’t Tell. Gdzieniegdzie trafisz także na Petera znanego z Family Guya albo fragmenty wycięte z Krowy i Kurczaka. Dziwię się, że zespół nie określił się jako cartooncore. Udało im się także zakosić hymn ku chwale naszego obecnego prezydenta (Doodah) oraz sławetne No Limits, chociaż Excrementory Grindfuckers zrobili to lepiej.

Powiem wam, że z odpowiednim nastawieniem ta płyta może się podobać. Pod koniec robi się troszkę wtórna, ale na głupawkę jest jak znalazł. Miewa lepsze momenty (hardcore’owy Blood Clot, Pussy Blast, groove’y i popieprzone wokale na Paranoid Pussy), miewa i gorsze (Chaotic Masturbation i Morphing In Vitro). Jestem pewny, że bardzo dobrze sprawdziłaby się na żywo. Numery nie są jakoś wyjątkowo inteligentne, ale mają dużo energii i bujającego potencjału. Do tego Looney Fuckin’ Grind brzmi całkiem spoko. Jest mięsiście, całkiem poukładanie w miksie i na tyle wyraźnie, że od czasu do czasu prześwituje nawet bas. Nie jestem pewny swojej opinii na temat wokalu. Są chwile, kiedy bardzo pasuje i brzmi świetnie, są takie, kiedy masz ochotę typka udusić zużytą pieluchą. Niestety z przewagą tych drugich chwil. Natomiast layout jest… no cóż, bardzo w stylu okładki.

Jeżeli szukasz płyty do świńskich zabaw to w sumie dobrze trafiłeś. Blutrina nie zaprezentowała niczego nowego, ale podeszła do tematu z luzem i jajem. Nie spodziewaj się innowacji, ambicji czy inteligencji. Spodziewaj się głupawki. W tym Looney Fuckin’ Grind sprawdza się prawilnie.

Ocena: 7,5/10

 

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Tagi: , , , , , , , , , , , , .