Booze Control – “Forgotten Lands”(2019)

Czasami proste rozwiązania są najlepsze. O prawdziwości tego stwierdzenia próbowała przekonać mnie kapela o wdzięcznej nazwie Booze Control, która niedawno zaatakowała swoim czwartym długograjem. Forgotten Lands, bo taki jest tytuł krążka, to dziesięć utworów, które uruchomią w waszych głowach skojarzenia z gigantami heavy metalu pokroju Iron Maiden – choć oczywiście skala jest znacznie mniejsza.

Nasi zachodni sąsiedzi udowadniają, że dobra melodia i chwytliwy refren wystarczą do ulepienia dobrego utworu, dzięki czemu udaje im się uniknąć dłużyzn i numerów tak rozwleczonych w czasie, że trzeba przy nich walczyć ze snem – co jest niestety przypadłością ostatnich płyt Żelaznej Dziewicy, a to właśnie Brytyjczycy wydają się być główną inspiracją kwartetu z Niemiec. Dla nich hołdem wydaje się też zamykający krążek ośmiominutowy epicki Cydonian Sands, chociaż echa Maidenów są tu widoczne niemalże na każdym kroku, momentami ocierając się aż o bezczelną zrzynkę (fragmenty Slaying Mantis brzmią jak Aces High z Powerslave).

Zaczynamy więc od szybkiego, pełnego energii otwieracza, przy którym nóżka sama chodzi i… tak kontynuujemy przez cały czas aż do wspomnianego Cydonian Sands, któremu zdarza się na moment zwolnić. Przebojowość objawiająca się chociażby przez chwytliwe refreny czy zapamiętywalne i pełne groove’u melodie wraz z niezwykle żwawym tempem całości to dwie największe zalety Forgotten Lands. Utwory takie jak wspomniany już numer otwierający, Attack of The Axemen, Spellbound, Slaying Mantis (mimo kontrowersyjnego momentu) czy Thanatos zostały w mojej pamięci na dłużej i szczerze przyznam, że odpalając krążek nie liczyłem na to, że znajdę na nim coś tak fajnego. Z pozostałych plusów wymienić mogę te bardziej typowe dla heavy metalu, jak świetne i nieprzekombinowane solówki oraz dobre wokale. Pochwały należą się również osobom odpowiedzialnym za brzmienie krążka, gdyż wykonały kawał porządnej roboty.

W przypadku tego albumu klucz do jego pozytywnego odbioru tkwi we wspomnianej prostocie. Niemcy nie silą się na skomplikowane i połamane utwory, nie ścigają się też ze swoimi idolami pod względem ich długości, a po prostu grają – i choć wydaje mi się, iż niektórzy zaczęliby w tym miejscu narzekać na zbytnią prostolinijność oraz brak jakiejkolwiek ambicji, to ja najzwyczajniej w świecie nie mam takiego zamiaru, gdyż efektem finalnym starań kapeli jest krążek przepełniony koncertowymi hitami. Kwartet gra szybko, zwięźle i na temat, czyli dokładnie tak jak w latach osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych robili to przecież Iron Maiden.

Choć nazwanie Booze Control „Maidenami dla biednych” byłoby dla zespołu krzywdzące, to takie skojarzenie pojawiło się w mojej głowie nie bez powodu. Myślę, że Steve Harris wraz z kolegami nie obraziliby się, gdyby niektóre pozycje z ich bogatego katalogu zostały zastąpione przez Forgotten Lands – choć czwartemu studyjnemu albumowi Niemców oczywiście daleko do wielkich klasyków gatunku, to wciąż jest to bardzo dobry kawał grania. Dla fanów tradycyjnego heavy metalu oraz przede wszystkim zespołu z Eddiem na okładkach Forgotten Lands to absolutny must-listen.

 

Ocena: 7/10

 

Booze Control na Facebooku

 

 

 

 

Łukasz W.

Powinno być ciężko.
Ale w sumie to nie musi.
Łukasz W.

Tagi: , , , , , , .