Bullet For My Valentine – Gravity (2018)

Śmiało mogę napisać, że Bullet For My Valentine od początku swojego istnienia figuruje w moim top10. Odkąd album The Poison (2005) szturmował najbardziej komercyjne telewizyjne stacje muzyczne, kapela stawała się coraz bardziej rozpoznawalna w metalowym środowisku. Nie zabrakło oczywiście określeń, jakoby była to muzyka dla młodzieży, niewarta uwagi i wstydem okryć powinien się ten, kto słucha tego na poważnie. Ja nigdy z tego powodu zakłopotania nie czułem. Powiem więcej – z utęsknieniem czekam na każde ich wydawnictwo, obserwując sposób w jaki ewoluują. Faktem jest jednak, że po cichu liczyłem na album tak surowy i krzykliwy jak debiut. Niestety, nawet Venom (2015), który miał do debiutu nawiązywać bezpośrednio, był nieco lekki i oczywiście mu nie dorównał. A jak jest tym razem? Czy na Gravity, które jest szóstym wydawnictwem z rzędu BFMV, muzycy pokażą w końcu coś innego?  

Na wstępie kilka ciekawostek. Wraz z poprzednim albumem z zespołem pożegnał się Jason “Jay” James, który od samego początku pełnił funkcję basisty i bocznego wokalisty. Na Venom zastąpił go Jamie Mathias, który pokazał, że zmiany – choć odczuwalne – mogą być bezbolesne. Teraz mamy okazję sprawdzić Jasona Bowlda, który po odejściu Michaela Thomasa usiadł za bębnami. Ze starego składu zostali więc tylko Michael „Padge” Paget i Matthew „Matt” Tuck , którzy stanowią trzon kapeli.

Walijczycy podają nam tym razem jedenaście kompozycji pokrytych ładną, kolorową okładką, która odstaje stylistycznie od poprzednich. Pierwsze skojarzenia sugerują, że już sama grafika zwiastuje eksperymenty z cyfryzacją brzmienia, więc podskórnie czuć, że na surowo grane riffy – raczej małe szanse. Album Gravity ukazał się 29 czerwca br. dzięki Spinefarm Records UK i według zapowiedzi – miał być nowym kierunkiem na muzycznej drodze „bulletów”. Sprawdźmy zatem, jak się sprawy mają.

Pierwszy numer i od razu petarda. Leap Of Faith rozkręca się powoli, co sprawia, że jest fantastycznym otwieraczem. Słychać, że materiał zmiksowany jest bardzo dobrze. Produkcja na wysokim poziomie wzbudza nadzieję – najbardziej po uszach bije bas, który brzmi tutaj genialnie. Częściej pojawiają się głębokie breakdowny, które miłośnicy gatunku metalcore uwielbiają i docenić powinni. Słychać również tę wspomnianą elektronikę, która nałożona na instrumenty, nie psuje muzycznych wrażeń, a nawet je wzbogaca, czego dowodem jest kolejny numer – niektórym już znane Over It. Tutaj znów się zachwycę, bo przecież jest czym. Jeśli powtórka z debiutanckiego albumu nie jest możliwa, to właśnie takich kawałków chcę od chłopaków dostawać jak najwięcej. Z Letting You Go również mogliśmy zapoznać się już jakiś czas temu i to także jest bardzo udane nagranie. Nowością dla ucha jest Not Dead Yet – utwór dobry, nieco podniosły – niestety ubogi w krzyki, które idealnie by tutaj pasowały. Kolejny kawałek traktować trzeba jako balladę. The Very Last Time jest lekki i delikatny, pozwala zamknąć oczy i odetchnąć, a motyw, który zaczyna się lekko po połowie, jest po prostu niesamowity. W Piece Of Me także było nam dane wsłuchać się wcześniej. Tutaj nie mam żadnych zastrzeżeń. Podobnie jak przy Under Again, który także należy do tych spokojniejszych kawałków. Po nim nadchodzi moment na utwór tytułowy. I tutaj niestety czuję niedosyt. Gravity powinien wymiatać i tak też się zapowiadał podczas kilku pierwszych sekund. Gitary pokryte elektroniczną nakładką brzmią fajnie, niestety – nie czuję w tym takiej mocy, na jaką liczyłem, choć utwór sam w sobie zły nie jest i dobrze wpasował się w całość. Kiedy z głośników wybrzmiała Coma, zacząłem się zastanawiać, czy podczas sesji nagraniowej chłopaki naprawdę nie zarejestrowali niczego lepszego… Brzmi to jak typowy zapychacz, nie porywa i jest to zdecydowanie najsłabszy moment tej płyty. Inaczej jest w przypadku singla pod zgrabnym tytułem Don’t Need You, który w sieci pojawił się już dawno temu i zapomniałem, że będzie on częścią tej układanki. Myślę, że idealnie sprawdził się w roli hitu zapowiadającego krążek na długo przed jego premierą. Ostatni numer Breathe Underwater, który jest kwintesencją słowa „ballada”. Świetnie nadaje się na zakończenie albumu.

Podsumowując, jest to bardzo dobry, spójny, a zarazem wielobarwny krążek, który pachnie świeżym podejściem do komponowania nowych utworów. Każdy z nich jest na swój sposób oryginalny – nie boję się tego słowa – a jako całość brzmią godnie, jako kolejne dzieła Bullet For My Valentine. Produkcja jest na wysokim poziomie, sekcja rytmiczna nigdy wcześniej nie była tak dobrze podbita. Mimo to, nie uświadczyłem tutaj zbyt wielu momentów, gdzie Jamie mógłby się popisać swoim krzykiem. Szkoda, bo jestem fanem takiego wokalu. Na powtórkę z debiutu nie można już chyba się łudzić, ale jeżeli panowie chcą kierować swoją karierę w tę stronę, to nie mam nic przeciwko temu (choć piszę to z bólem serca). Do płyty wracać będę bankowo, a tym, którzy jeszcze jej nie słuchali – gorąco polecam. Może nie jest idealnie, ale narzekać też nie bardzo jest na co. Zazdroszczę osobom, które mogły tego materiału posłuchać na żywo podczas Impact Festival. Mnie niestety wstrzymała praca i kolejny raz powtórzyć muszę: może następnym razem…. 

8/10

Latest posts by Adam Abramowicz (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , .