Chapel Of Disease – …And As We Have Seen The Storm, We Have Embraced The Eye (2018)

Człowiek nigdy nie wie, na co się może natknąć w trakcie poszukiwania nowych muzycznych dźwięków. Często nasze poszukiwania kończą się nie tym, czego oczekiwaliśmy. Tak było ze mną, kiedy eksplorowałem wydawnictwa death metalowe ostatnich miesięcy. Szukałem czegoś nowego, ale w starym stylu, i gdzieś natknąłem się na notkę, że niemiecki Chapel Of Disease pasowałby jak ulał do tego opisu. Kiedy w końcu przesłuchałem ich ostatni album, okazało się, że znalazłem nie to, na co liczyłem.

Dla ludzi żądnych wiedzy krótka biografia zespołu. Chapel Of Disease powstało w 2008 roku jako odskocznia dla trzech członków black/thrashowej kapeli Infernäl Death, a stało się to w niemieckim mieście Köln. Trójka ta dokooptowała do składu czwartego członka i już jako kwartet udało im się nagrać trzy longplaye, a dzięki zawartości dwóch z nich wrzucono ich do worka z kapelami, które naśladują death metal lat dziewięćdziesiątych. Sama nazwa zespołu wzięła się z połączenia dwóch kawałków Morbid Angel: Chapel of Ghouls oraz Angel of Disease. Jednak nie tylko ich muzyka trąci oldschoolem, ale także logo zalatuje starą szkołą śmierć metalu, a osobiście przypomina mi ono np. stare logo kultowego Death.

No, ale do dzieła – trzecie ich dziecko zostało wyplute na nasz padół pełen łez 23 listopada zeszłego roku, a poród ten odbierała niemiecka wytwórnia o nazwie Ván Records. Krążek dostał totalnie enigmatyczne oraz długie imię – …And As We Have Seen The Storm, We Have Embraced The Eye (jeden z najdłuższych tytułów płyt, jakie znam). Album składa się z sześciu kompozycji, które oscylują, a jakże, wokół death meatlu, ale nie tylko. Usłyszycie na nim też trochę atmosferycznych post-blackowych riffów, oraz co mnie najbardziej zaskoczyło po pierwszym przesłuchaniu – hard rocka. Tak, ten niemiecki kwartet zamieszał trochę na swym ostatnim krążku, mącąc swój death meatlowy styl riffami kapel, które tworzyły swojego rocka pod koniec lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, jak np. Led Zeppelin, Cream, Taste czy też Thin Lizzy.

Po pierwszym przesłuchaniu najnowszego materiału Niemców dziwnie pomyślałem o Sumerian Cry zespołu Tiamat. Oczywiście kompozycyjnie te dwie płyty dzielą niewyobrażalne przestrzenie, ale wokalizy Johana Edlunda oraz Laurenta Teubla jakoś mi się ze sobą skojarzyły. To tyle jeżeli chodzi o luźne konotacje.

A teraz konkrety, pierwsze dwa numery …And As We Have Seen The Storm, We Have Embraced The Eye: Void Of Words i Oblivious – Obnoxious – Defiant są połączone, dając w sumie 15 minut muzyki. Manewr ten zbytnio mnie nie dziwi, bo w tychże dwóch jest najwięcej mięcha, najwięcej starego death metalu. Jednakże nie mógłbym z czystym sumieniem powiedzieć, że te utwory są stricte death metalowe, gdzieś tam oczywiście jest ten feeling, ale ten, który przewodzi to głównie patenty wyjęte z rocka. Ktoś mógłby powiedzieć, że Panowie grają death’n’roll, nic bardziej mylnego, gdyż wtedy byłaby to prosta muzyka, a kompozycje Chapel Of Disease są rozbudowane, rozwinięte, najkrótszy z nich trwa ponad sześć minut.

Moimi ulubionymi kawałkami albumu są Song Of The Gods i 1.000 Different Paths. Dlaczego akurat te? Zaraz wytłumaczę. Na nich kwartet z Kolonii odchodzi coraz dalej od swych death metalowych korzeni, wtłaczając w swą muzykę riffy oraz niesamowite solówki heavy/bluesowe. Do tego na 1.000 Different Paths Laurent Teubl przestaje używać swojego growlu i śpiewa czystym wokalem, a muszę przyznać, że wychodzi mu to całkiem dobrze.

Chapel Of Disease wydali bardzo ambitną płytę, która nie trzyma się stylowych ram, bo w sumie i po co? To się im chwali. Będę czekać na ich kolejne dzieło, oby równie dobre i dojrzałe.

Ocena: 8/10

Chapel Of Disease na Facebooku.

 

Ván Records na Facebooku.

Tagi: , , , , , , , , , , , .