Christ Agony “Black Blood” (2015)

Ostatnimi czasy cicho było wokół Christ Agony, na szczęście zespół przerywa milczenie. Od wydania Nocturn, ostatniego studyjnego długograja, minęły właśnie cztery lata. Nowy album zapowiedziany jest na przyszły rok. Aby umilić nam oczekiwanie dostajemy Black Blood, trzyutworową EPkę z dwoma nowymi numerami i jednym doskonale już znanym.

Wydawca zachwala nowy materiał wskazując, iż jest to powrót do okresu Moonlight. Nie bez drobnej uszczypliwości przypomnę, że przy okazji premiery Lucifer`s Horns Moon nazwa trzeciego albumu Christ Agony także padała. Sam Cezar również chyba uległ czarowi trzeciego aktu swojej twórczości, bo najpierw świeżo po premierze wspomnianego Nocturn wyruszył w trasę, podczas której Moonlight prezentował w całości, a dziś, przy okazji premiery Black Blood, mówi o tym, że koła czasu zataczają krąg. Tego sentymentu nie rozumiem w kontekście tego, że Agonia Chrystusa ma przynajmniej trzy równie genialne krążki w swojej dyskografii. Ponadto-  słabego, czy nawet przeciętnego, albumu nie nagrali nigdy. Eksponowania Moonlight nie rozumiem też dlatego, że na recenzowanej EPce wcale nie ma go tak dużo. Ale po kolei.

Black Blood Ov Universe przywodzi na myśl inne dzieła Cezara. W tych szybszych partiach pachnie dwójką Moon. Kiedy utwór trochę się uspokaja, słuchać echa Darkside. Swoją drogą te melodyjne zaśpiewy Lucifer, Satanas przypominają po trosze Ghost, ale nie będę ukrywał, że być może moja miłość do Year Zero zaburza mi percepcję. Wróćmy jednak do EPki – znajomy Chrystusowy klimat zaczyna się w okolicach trzeciej minuty za sprawą tego charakterystycznego, choć nieco zmodyfikowanego riffu, który przewija się przez całą niemal dyskografię Christ Agony. Ogólnie słucha się tego znakomicie, ale przyznać też muszę, że obudzony o trzeciej nad ranem bez problemu wskażę przynajmniej kilkanaście lepszych utworów tego zespołu.

O piekło lepsze wrażenie robi Coronation. Jeżeli gdzieś szukać paraleli między Moonlight a Black Blood, to właśnie w tym utworze. Śmiem twierdzić, że gdyby umieścić go na trzecim longplay`u, to album by na tym zyskał, a sama kompozycja byłaby dziś określana jako kultowa. To są właśnie te emocje, ten klimat, te riffy, te wokale, które powodują, że Christ Agony jest jedyny w swoim rodzaju i nie da się ich pomylić z nikim innym.

Ostatni numer to Kingdom of Abyss, znany już z albumu Darkside, tutaj nagrany na nowo. Najbardziej czytelne różnice: żywa perkusja, akcent z szybkości przeniesiony na ciężar, wydłużona końcówka. Utwór jak był świetny, tak jest nadal, nie jest to jednak nowe spojrzenie na tą kompozycję. Pytanie o sens jej ponownej rejestracji pozostaje bez odpowiedzi.

Są takie EPki, które w historii muzyki metalowej zajmują zaszczytne miejsce. Black Blood na pewno nie będzie jedną z nich, choć też pewnie nie było ambicją Cezara, Reyasha i Młodego wypuszczenie takiego materiału. Na recenzowane wydawnictwo należy raczej spojrzeć jak na przystawkę, która spełniła swoją rolę. Sprawia przyjemność, jest smaczna. Nie nasyciła, lecz wzmogła tylko apetyt. Kiedy jednak na stole pojawi się danie główne, szybko o niej zapomnimy.

Ocena: 7/10

Tagi: , , , , , , .