Cirith Ungol – “Forever Black” (2020)

Epitet „kultowy” w odniesieniu do zespołów i płyt przez lata stracił na znaczeniu i dziś wydaje się niemal pustym, nic nie znaczącym sloganem. Jeśli jednak przywrócić mu właściwy ciężar i określić nim jakiś band z całą odpowiedzialnością wagi tego słowa, to Cirith Ungol jest przykładem idealnym. Do tej pory mieli na koncie zaledwie cztery pełne płyty, ale zdążyli dopracować się nabożnego szacunku i grona absolutnie zaprzysięgłych fanów. W epickim, surowym heavy metalu nie jest to specjalnie rzadkie zjawisko, ale mityczna otoczka Amerykanów zaczęła żyć własnym życiem, a zespół rozpalał kolejne pokolenia słuchaczy, mimo braku aktywności przez ponad dwie dekady. Być może jakoś przyczyniła się do tego plotka, według której krytycy mieli określić Frost And Fire (debiutancki album zespołu) mianem najgorszej płyty w historii metalu. Trudno o lepszą reklamę niż całkowicie negatywny kontent. Reszta jest historią.

Od wydania Paradise Lost, ostatniego albumu Cirith Ungol, minęło dwadzieścia dziewięć lat. Co sprawiło, że po tak długiej przerwie grupa postanowiła wrócić do życia? Nie wnikam w faktyczne motywacje muzyków, ale po kilkutygodniowym obcowaniu z Forever Black trudno oprzeć się wrażeniu, że Panowie wrócili, żeby zrobić porządek na scenie. Trzeba jasno powiedzieć, że w wąskim światku metalu spod znaku Conana Barbarzyńcy dzieje się ostatnio naprawdę dużo dobrego. Coraz więcej młodych grup, jak i bardziej ugruntowanych zespołów potrafi grać, choć ze świadomością, że nie da się na nowo wskrzesić martwego od lat trupa. Aż tu nagle przychodzi Tim Baker z ekipą.

Forever Black nie jest rewolucyjnym przewrotem. Dużym błędem byłoby założenie, że surowy, epicki heavy metal można przedefiniować i napisać na nowo jego prawa. Tego zrobić się nie da, a kto może wiedzieć o tym lepiej, niż zespół, który w pisaniu tych praw miał czynny udział? Ale można spróbować wtoczyć w niego świeżą krew, zaaplikować adrenalinę i dawkę silnych elektrowstrząsów. W każdym innym przypadku byłoby to tylko pudrowanie nieboszczyka, ale nie tutaj. Amerykanie przystępują do pełnej reanimacji, doskonale wiedząc, co robią i jaki będzie efekt. Środki są proste – mocarny riff, zaczerpnięta z klasycznego hard rocka solówka, średnie tempa, trochę galopady, melodia i przede wszystkim pomysł, który zepnie wszystko w spójną klamrę i nada cech zwartej, pancernej kompozycji. Do tego jeszcze dwa niezbędne składniki – pierwszy to wciąż niesamowity głos Bakera, którzy wrzeszczy w wysokich rejestrach, a kiedy trzeba potrafi obniżyć skalę do niebezpiecznych poziomów. Wokal zawsze wyróżniał Cirith Ungol na tle konkurencji i robi to także teraz. Trudno uwierzyć, że przez tyle lat w ogóle się nie zmienił, wciąż brzmi oryginalnie, groźnie i bardzo charakterystycznie. Wystarczy posłuchać na przykład Before Tomorrow, by zrozumieć o co chodzi. Drugi składnik to brzmienie – wciąż jaskiniowe i surowe, ale przez lata nabrało mocy i szlachetności. Wciąż jest w nim szczypta prymitywizmu pierwszej płyty, ale czuć też siłę One Foot In Hell i cały posmak tego, czym prawdziwy, wyrwany z doom metalu i hard rocka metal powinien być.

Kompozycyjnie album jest w zasadzie idealny. Doskonałe wyważenie melodyki i okraszających ją riffów, kilka mądrze wplecionych akustycznych fragmentów budujących klimat, worek pomysłów zamkniętych w dziewięciu piosenkach, opartych na średnich tempach. Wszystko to, co znane i kochane przez wielu. W muzyce Amerykanów jest dużo przestrzeni, która sprawia, że numery nie duszą się we własnym sosie, wręcz przeciwnie.

Zaryzykuję stwierdzenie, że Cirith Ungol zatoczył koło. Rozpoczął marsz ku chwale gatunku, wytyczył ścieżki dla innych i ustawił drogowskazy. A teraz wrócił z niebytu, udowodnił kto tu rządzi i doprowadził swój muzyczny świat do ściany. W tej niszy nie da się już lepiej.

Ocena: 10/10

 

Rafał Chmura

Tagi: , , , , , , , , .