Cor Serpentii – “Phenomankind” (2018)

Cor Serpentii to nowa siła francuskiego metalu. Trio utworzone przez muzyków z paryskiej sceny death metalowej od razu po sformowaniu przystąpiło do nagrywania dużego albumu, który ukazał się pod koniec października ubiegłego roku. Phenomankind to mocna dawka pogmatwanej i dość melodyjnej mieszanki death i black metalu, w jakiej kiedyś zasłuchiwała się połowa fanów ciężkiego grania.

Płyta na pewno rozbudzi sentymenty wśród osób tęskniących za potęgą Emperor, melodyką Old Man’s Child i szatańskimi przytupańcami Dissection, mimo że nie uświadczymy tu żadnej symfoniki czy stricte rock’and’rollowego podejścia do komponowania. Francuzi celują w progres, łącząc melodyjne, niemal skoczne fragmenty w przekombinowane struktury, dla których spoiwem jest wybuchowa mieszanka blackowych blastów i death metalowej ściany gitar. Poszczególne utwory nie wychodzą poza standardowe ramy czasowe i mieszczą się w granicach czterech, pięciu minut, ale nawarstwienie riffów i pomysłów każe je traktować, jako metalowe mini-suity. Zderza się tu wszystko – europejska szkoła death metalu, skandynawska melodyka przesiąknięta brutalnością, amerykański feeling, a kto zechce, ten znajdzie nawet dociążony do maksimum, niemiecki power metal.

Dzieje się dużo, może nawet za dużo. Słychać, że nie będzie to żaden przełom na scenie, ale też absolutnie nie jest to muzyka tła. Do Phenomankind trzeba przysiąść i poświęcić mu sto procent uwagi. Na pewno na wyróżnienie zasługuje brzmienie – krystalicznie czyste, sterylne, bez cienia szumu czy brudu. Trudno też nie docenić doskonałych umiejętności muzyków, zwłaszcza gitarzysty Nicolasa B., który czaruje techniką i bardzo zgrabnie przechodzi od riffu do riffu. Perkusista czasami też pozwoli sobie na lekki odjazd, który wprowadza trochę powietrza. Efekt jest taki, że pierwsze dwa utwory wręcz wgniatają w fotel – oprócz techniki i progresywnego charakteru muzyki słychać nieskrępowaną radość bijącą od chłopaków, która bezwiednie udziela się słuchaczowi. Jednak im dalej, tym ciężej wytrwać w pozytywnym nastawieniu. Gdzieś w okolicach Rise Of The Blind emocje mocno opadają, pod koniec schodzą już do poziomu zerowego. Oczywiście nadal są tu pojedyncze fragmenty, które same w sobie urywają łeb, ale ich zestawienie zamienia się w pozbawioną charakteru abstrakcyjną mozaikę, niebezpiecznie zbliżającą się do ekstremalnej odmiany tak zwanego math rocka, której nie jest łatwo strawić. Przy zamykającym album Ubik miałem wrażenie, że słucham skompilowanej przez maszynę, randomowej mieszanki blastów, riffów i solówek, z których nie wynika już kompletnie nic.

Zdaję sobie sprawę z istnienia całej rzeszy miłośników takiego podejścia do grania, ale jak dla mnie stanowczo za dużo tu przedmiotów ścisłych (i to na poziomie bostońskiej MIT), kosztem humanistycznych. Chylę czoła przed umiejętnościami, płytę chowam do szuflady, nazwę zespołu zapisuję w notatniku. Może w przyszłości przeniosą się z politechniki na uniwersytet.

Ocena: 5,5/10

 

Rafał Chmura

Im większa abstynencja muzyczna, tym bardziej liberalne kryteria jej wyboru
Rafał Chmura

Tagi: , , , , , , , , .