Curse Upon a Prayer – “The Three Woes” (2018)

O… wyczuwam Skandynawię. Tak oto pomyślałem sobie, słysząc pierwsze takty najnowszej EPki zupełnie nieznanej mi kapeli Curse Upon a Prayer. Przy drugiej minucie już nie wytrzymałem i włączyłem przeglądarkę. I bach! Finlandia! Wiedziałem!

Parafrazując słynnego Lecha, mogę napisać, że „o take blekmetale walczyłem”. Utwory na The Three Woes są zwięzłe, treściwe, ostre, ale jednocześnie niepozbawione pomysłu, melodyki i tego ulotnego klimatu, który stworzyć w tak brutalnej muzyce jest niezwykle trudno. Jest więc ostry blast i growl, miotający się między lewym a prawym głośnikiem, z delikatnym pogłosem i efektem echa. Ale brzmi świetnie. Niczym opętana dusza przypalana hostią. Perkusja grzmi dynamicznie, i kiedy trzeba, tworzy nawałnicę dźwięków i nieustający potok blastów. I jest potężna niczym gniew Boga. Nie wyklucza to jednak pięknych przejść i pasaży w momentach wymagających nieco więcej finezji i wyczucia. Najlepszą robotę robią partie gitar. Niby ostre, ale pięknie melodyczne. Niby brutalne a jednocześnie wyszukane, spójne i przejrzyste. Jak chóry upadłych aniołów.

Niestety The Three Woes trwa tylko nieco ponad kwadrans i zawiera zaledwie trzy utwory. To mało, bardzo mało, po pierwsze, jak na tak świetną muzykę. A po drugie, nawet jak na przyzwoitą EPkę. Szkoda, że Saturnal Records, który wydał to genialne dzieło, nie wymogło na muzykach choćby jeszcze jednego kawałka. Strasznie ta płyta krótka.

The Three Woes to jedna z lepszych EPek, jakie usłyszałem w tym roku. To w ogóle jeden z najlepszych materiałów, z jakimi miałem okazję się zetknąć. I wiecie co, może i nie znam projektu Curse Upon a Prayer, ale to bardzo szybko się zmieni. Bo coś mi się zdaje, że to może być odkrycie miesiąca. Lecę kupić ich dwa długograje: Rotten Tongues i From the Land of Demise!

Ocena 9,5/10,0.

 

Tagi: , , , , , , , , , .