Dawn of a Dark Age – “La Tavola Osca” (2020)

Sam nie wiem, skąd przyplątała się do mnie ta płyta. Nie wiem także, dlaczego akurat ją, wybraną na chybił trafił włożyłem do odtwarzacza. Z Dawn of a Dark Age stykam się przecież po raz pierwszy, a włoskiego klarnecisty Vittorio Sabelliego ciężko znać z jakiegokolwiek innego projektu. Dawn of a Dark Age to w zasadzie one man army. Niemniej jednak właściwie neo-antyczna okładka przyciągnęła moją uwagę, pomimo niezbyt niestety korzystnego wyglądu.

Na początku pomyślałem, że to EPka, bo mamy tu zaledwie dwa utwory. Patrząc jednak na czas (23 oraz 17 minut) doszedłem do wniosku, że francuski Antiq Records wydał oto album pełnowymiarowy. Nawiasem mówiąc, już szósty w dorobku włoskiego multiinstrumentalisty.

Rozpoczynająca album deklamacja autora całego tego zamieszania nie zdradza, co będzie działo się na płycie. Dopiero pojawiający się po minucie dźwięk klarnetu wprawia w niemałe osłupienie. Czegoś takiego w black metalu to chyba nie słyszałem, albo przynajmniej nie przypominam sobie. Po chwili klarnet na dobre zadomawia się w utworze, ale wspomagany jedynie gitarą klasyczną jest zaledwie miłą dla ucha melodią. Armagedon zaczyna się dopiero w minucie szóstej. Do głosu dochodzi ostra gitara, blastująca perkusja, a deklamacyjny wokal Sabelliego zmienia się w growl Emanuele Pradoniego. Ale jaki to jest armagedon! Piękny! Gitara przejmuje inicjatywę od klarnetu, utrzymując linię melodyczną, szybka perkusja podbija delikatność do brutalności, a wokal czyni z tego utworu prawdziwy majstersztyk. Dalsza część kawałka to kontynuacja przeplatających się blackowych ostrych wątków z delikatnymi dźwiękami klarnetu. Szkoda tylko, że jest go nieco zbyt mało (pojawia się na początku, w środku i na końcu utworu), zwłaszcza w tych najostrzejszych partiach numeru. Powtarzalność kawałka na dłuższą metę (w końcu ponad dwadzieścia minut) może nieco męczyć, ja jednak rozpływam się w tym genialnym klimacie.

Utwór numer dwa zaczyna się równie delikatnie, tyle że zamiast genialnego klarnetu są delikatne klawisze. Ten, wchodząc nieco później, wraz z perkusją zaczyna tworzyć muzykę rodem z fin de siècle. A damski operowy głos kieruje moje myśli w stronę dawno zapomnianej a przecież tak kiedyś kochanej Ataraxii (pamiętacie płytę Il fantasma dell’opera sprzed ćwierć wieku?). Black w tym utworze zaczyna się w minucie piątej, ale nie powala już tak, jak odsłona z pierwszego utworu. W połowie utworu znów słyszymy klarnet, a po nim następuje zmiana klimatu albumu na jakieś wojenne werble, które mówiąc szczerze nudzą już po minucie, a wysłuchać ich trzeba aż do końca utworu. Szkoda.

Pomysł z mariażem klarnetu i black metalu jest tak genialny jak prosty. Otrzymując absolutnie unikatowy klimat, Vittorio Sabelli dokonuje czegoś, co w dzisiejszych czasach jest niezmiernie trudne – jego muzykę rozpoznasz po tak zwanej jednej nutce. No i do tego genialna kompozycja numer jeden. Absolutnie genialna. Szkoda tylko, że druga część utworu La Tavola Osca (II Atto) zarzyna nieco tę płytę. Ale pomijając ją w odsłuchu (niestety trzeba co jakiś czas nacisnąć klawisz „next”), Dawn of a Dark Age stworzyło album cudowny.

 

Dawn of a Dark Age na Fecebooku

Dawn of a Dark Age na Bandcamp

Dawn of a Dark Age w Encyklopedii Metalu

Ocena: 8,0/10,0

Tagi: , , , , , , , , , , , , , .