Deadline – “Ocean of Dunes” (2014)

Metalcore’owe przygrywki towarzyszyły mi już od wczesnych lat szkolnych, kiedy to w ciężkie gatunki muzyczne zacząłem wsłuchiwać się na poważnie. Niestety zawsze uważałem, że na naszym podwórku kapel ze statusem dobrego metalcore’u ze świecą szukać, więc sięgałem głównie po dobra z zachodu. Błąd, człowiek uczy się całe życie, bo oto okazuje się, że nasi krajanie również całkiem dobrze sobie w tym gatunku radzą. Przykładem może być tyski zespół Deadline. W 2014 roku w Zed Studio nagrali świetny album Ocean of Dunes, nad produkcją którego czuwał Tomasz Zalewski, znany ze współpracy z takimi kapelami jak Coma czy Frontside. Zdaję sobie sprawę, że na recenzje albumu wydanego już ponad cztery lata temu jest bardzo późno, ale uważam, że warto przybliżyć twórczość tego składu szerszemu gronu słuchaczy.  

Zacznijmy od detali. Okładka szczególnie nie powala, ale najważniejsze, że choć trochę obrazuje nam tytuł i stylistykę krążka. Jest ocean, są wydmy, ale z grafiki bije również głębia i przestrzeń, których pełno jest pomiędzy szybkimi i mięsistymi riffami. Rozpoczynamy od głębokiego oddechu przy Hope… Uważam, że to bardzo ładne wprowadzenie do Burning Blood Fuel, które od pierwszej sekundy atakuje nas brutalną siłą gardła wokalisty i mam wrażenie, że to właśnie ten wokal jest paliwem całego składu. Niskie pokłony składam Andrzejowi Lewandowskiemu za tak dobre darcie japy. Głębokie growle w doskonałym stylu przechodzą w wysokie wrzaski, i gdybym miał się wysilić i porównywać ten głos do któregoś znanego już z mainstreamu, byłaby to fuzja Randy’ego Blythe’a z Lamb of God i Alissy White-Gluz z Arch Enemy – bez urazy dla męskiej grdyki wokalisty, ale chyba nikt nie traktuje głosu tej Pani jako nad wyraz kobiecego. Co do instrumentariów porównań byłoby bardzo dużo, a każde raczej średnio trafne. Na początku pisałem, że jest to metalcore. I myślę, że jest w tym trochę racji. Musimy jednak ten metalcore wymieszać w jednym garnku z technicznym death metalem i nutą groove metalu. Otrzymamy wtedy wypadkową, którą twórcy określili jako Ocean of Dunes. Gitary grają mocno i siarczyście, między kawałkami przełączając się na czysty kanał, aby zwolnić tempo i zagrać ładne, nastrojowe intro do kolejnego numeru. Co istotne, intra są budowane na tych samych motywach, które słyszymy we właściwych numerach, tym samym Deadline pokazuje, że prócz świetnie zagranych utworów liczy się również klimat i atmosfera, co niewątpliwie wpływa na ocenę słuchacza. Warto wspomnieć też o doskonale zagranych solówkach, przy których czuję niesamowite ciarki. Przykładem może być utwór Declaration, w którym solo pod koniec – choć krótkie – jest po prostu niesamowite. Każdy kawałek ma w sobie dużo ognia, mi natomiast najbardziej spodobał się Blackout, którego zwrotki są niemal recytowane niskim i charczącym głosem, aby w refrenie przejść we wściekłe krzyki i ryki. Instrumenty idealnie współgrają, tworzą ładną przestrzeń, z której nie chce się wychodzić. Za ten kawałek należą się owacje na stojąco.

Ten album to majstersztyk i myślę, że o Deadline wie stanowczo za mało osób. Zespół zasługuje na większe zainteresowanie zarówno ze strony mediów, jak i fanów ciężkiego brzmienia. Gdybym usłyszał któryś kawałek gdzieś w radiu, dałbym sobie uszy odciąć za to, że to raczej jakiś świeży twór zza oceanu aniżeli nasi rodzimi twórcy. Płyta Ocean of Dunes pomimo upływu czasu brzmi świetnie i z pewnością będę do niej wracał. Nie będzie przesadą jeśli napiszę, że jest to jedna z lepszych polskich płyt ostatnich lat. Fajnie, że po długiej przerwie chłopaki postanowili reaktywować skład. Jest nadzieja, że zaskoczą nas jeszcze niejednym świetnym kawałkiem, na co bardzo liczę.

Ocena: 8/10

Tagi: , , , , , , , , .