Deathfare – “Shotgun Surgery” (2016)

Podobno okładka jest integralną częścią płyty. Powinna zachęcać potencjalnego nabywcę, ale też opisywać zawartość albumu i wizję zespołu. Jeżeli to prawda, to Shotgun Surgery ma okładkę idealne dopasowaną do zawartości. Pierwsze, co przykuwa uwagę to krwawa i brutalna plama w środku, ale jak człowiek się trochę przypatrzy, zaczyna zauważać lekką biedę wokół, a i za cholerę nie wiadomo, co to niby przedstawia.

Wydany dwa lata temu przez Heathen Tribes (a jeszcze rok wcześniej samodzielnie) krążek jest pełnoprawnym debiutem norweskiej ekipy. Zawiera jedenaście ścieżek, circa trzydzieści pięć minut death metalu, którego miło posłuchać jest lecącego w tle, ale przy dokładniejszych oględzinach ciężko coś konkretnego powiedzieć.

Deathfare stawia na brutalność. Serwuje ją nieustannie, niespecjalnie zawracając sobie głowę takimi głupotami jak zwolnienia czy łagodniejsze części. Jest nisko, całkiem bujająco i agresywnie. Generalnie przywołuje to dość odległe skojarzenia z Dying Fetus, a konkretniej fragmentami pozbawionymi technicznych gonitw, a skupionych bardziej na tanecznych wątkach. Kłopot polega na tym, że Płody są arcymistrzami w swojej dziedzinie, a Deathfare dopiero stara się o tytuł czeladnika. Nie przeczę, zdarzają się bardziej chwytliwe riffy (Final Cut, Dead Girls Don’t Say No, Fistful of Fuck albo Toetagged And Bodybagged), niemniej poza tymi perełkami, większość płyty brzmi raczej przeciętnie i bezosobowo. Same motywy grane są głównie na tych samych dźwiękach, tak więc im dalej w las, tym trudniej wyłowić konkretne fragmenty i przypisać je do piosenek. 

Tak to się prezentuje, gdy zwracasz na Shotgun Surgery zbyt dużo uwagi. Natomiast jeżeli puścisz sobie tę płytę w tle, robi się całkiem fajnie. Nie przykuwająca zbyt wiele uwagi, ale przyjemna chwytliwość motywów połączona z krwawą, obskurną atmosferą, z której od czasu do czasu macha zalążek czarnego humoru miło poprawi nastrój po ciężkim dniu w robocie każdemu degeneratowi. W takiej formie Deathfare sprawdza się naprawdę przyzwoicie. Prawdopodobnie jako support też potrafiłoby nieźle rozgrzać publikę.

Kolejnym plusem jest brzmienie. Odpowiednio mięsiste, ładnie zgrywa się z klimatem morderczej groteski, dodatkowo podbijając wszystko soczystym wokalem i głębokim gutturalem. Jedyne, co nie do końca mi tu pasuje, jest trochę za bardzo syntetyczna perkusja. Szczególnie może irytować brzmienie stopy. Końcówka Dead Girls Don’t Say No i gonitwa podwójnego drumbeatu jest przyswajalna przez pierwsze pięć sekund, potem tylko irytuje.

Cytując Serdżia, słynnego gangstera zajmującego się lewym handlem rybą: “Nie jest dobrze. Co prawda, nie jest też źle. Można powiedzieć, że jest średnio”. To najlepsze podsumowanie, jakim można opisać Deathfare. Powiedziałbym, że płyta jako pierwsze większe wydawnictwo zachęca do śledzenia dalszych ich poczynań, ale biorąc pod uwagę, że wyprodukowanie Shotgun Surgery zajęło chłopakom czternaście lat… no właśnie.

Deathfare na Facebooku

Ocena: 6/10

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , .