Deathspell Omega – “The Synarchy of Molten Bones” (2016)

Deathspell Omega poznałem stosunkowo późno. Otoczka tajemnicy wokół tego projektu i eksperymentalne podejście do gatunku przekonały mnie niemal natychmiast, przez co nagłą zapowiedź nowego wydawnictwa przyjąłem wyjątkowo entuzjastycznie. 8  listopada 2016 roku, pod skrzydłami Norma Evangelium Diaboli, Francuzi wydali na świat kolejnego potwora – The Synarchy of Molten Bones.

Następca Drought nie ma z nim wiele wspólnego. EPka z 2012 roku jest umiarkowanie spokojna, ułożona i pełna progresywnych wręcz elementów. Muzycy wykazali się jeszcze bardziej niż wcześniej swoją wszechstronnością zarówno kompozytorską, jak i wykonawczą.  The Synarchy of Molten Bones natomiast jest czystym szaleństwem. Przepełnioną dysonansami, opętańczymi krzykami i lamentami, zaledwie półgodzinną wyprawą do piekła. W jedną stronę.

Album zaczyna się dość niepozornie. Nie ukrywam, że zraziła mnie wyjątkowo płaska i niepotrzebna wstawka symfoniczna. Po krótkim wstępie, rozpoczyna się nasza wyprawa w głąb chaosu. Wszelkie wątpliwości dotyczące kondycji projektu po tylu latach zostają rozwiane wśród niepokojących melodii i opętańczych wokali. Naprawdę rzadko przyznaję, że inwokacje brzmią autentycznie i stwarzają pozór maniakalnej, ekstatycznej wręcz momentalnie modlitwy. Ciężko jednoznacznie stwierdzić ile ścieżek szeptów, krzyków i pogłosów potrafimy usłyszeć. Mimo to, w kluczowych momentach wyłapanie słów nie stanowi problemu dla przeciętnego słuchacza. Inna sprawa, że gitary bardzo często skutecznie utrudniają ich odbiór. Są absorbujące, skupiają na sobie uwagę, próbując wywołać pewnego rodzaju trans. Brzmieniowo specjalnie się nie wyróżniają, jednak w całości brzmią niepokojąco i potężnie.

W sekcji rytmicznej jedynie bas może być wart szczególnej uwagi. Najprawdopodobniej zastosowano automat perkusyjny. Nie stanowi to jakiejkolwiek ujmy dla twórców, jednak ścieżki mogłyby być mniej powtarzalne. Z drugiej strony jednak, perkusja stanowi tutaj jedynie tło dla diabolicznych melodii i skutecznie dopełnia zniszczenia brutalnością nagłych przejść i nieoczywistych pauz. Ogromne brawa dla Khaosa za niebanalne aranżacje. Gitara basowa rzadko podąża za elektryczną, wybiera raczej skomplikowane wariacje na dany temat. Bardzo często w chaosie dysonansów, szaleńczych blastów i niezrozumiałych wokali , to bas przyciąga ucho, wyróżniając się nietuzinkową melodią. Samo jego brzmienie zasługuje na uwagę, nie bez powodu jest stosunkowo głośno wmiksowany w całość.

Teksty tym razem odnoszą się do odrodzenia ludzkości po upadku, nie tracąc swoich przesłanek ortodoksyjnego satanizmu teistycznego . Znając podejście członków projektu do konceptualności ich sztuki, oczywista wydaje mi się kontynuacja opowieści po symbolicznej apokalipsie z Drought.

Do produkcji nie mam zastrzeżeń, niestety poza orkiestracjami – brzmią koszmarnie sztucznie, jakby słuchało się młodocianego zespołu zainspirowanego Septic Flesh, jednak z budżetem wynoszącym kieszonkowe gitarzysty i wokalisty. A szkoda.

Wydawnictwo z początku może być trudne w odbiorze przez kakofoniczny natłok właściwie całego instrumentarium, jednak ciężko się od niego oderwać. Utwory przechodzą niemal niezauważalnie, ale po paru odsłuchach łatwo dostrzec granice i różnice między nimi. Fundamentalna różnica polega na coraz większym chaosie i wzrastaniu napięcia z utworu na utwór, które zostaje brutalnie przerwane zakończeniem.

Jak każdy album, tak i ten ma swoje słabe strony. Najważniejszą i jedyną znaczącą z nich jest niestety bardzo małe zróżnicowanie. Być może nie narzekałbym na to, gdyby nie wydawnictwo także francuskiego Plebeian Grandstand z kwietnia 2016 pod tytułem False Highs, True Lows.  Również francuskie Celeste na tym polu zwycięża z blackmetalowym kultem. Mając styczność z taką muzyką po raz wtóry, powtarzalność po prostu razi.

The Synarchy of Molten Bones jest bardzo dobrym albumem. W żadnym stopniu nie jest nowatorski, ale trudno zaprzeczyć jego wartości na jakimkolwiek polu. Dla wielu może to być pierwszy kontakt z tego typu mathcorowym wręcz podejściem do black metalu, pełnym skomplikowanych rozwiązań rytmicznych i atonalnych gitar. Być może wydanie takiego dzieła przez powszechnie szanowany w środowisku projekt, otworzy słuchaczy na zdecydowanie bardziej nowoczesne formy ekstremy.  Mam nadzieję, że muzycy dalej będą się rozwijać w tym kierunku, nie tracąc ani przemyślanego pozornego szaleństwa, ani mistycyzmu i wszechobecnej aury zagłady.

 

7/10

Autorem jest Filip Gawlak.

Piotr

Piotr

Głównodowodzący KVLTowi, fan undergroundu oraz maniakalny zbieracz płyt CD.
Piotr

Latest posts by Piotr (see all)

Tagi: , , , , , , , , .