Depravity – “Evil Upheaval” (2018).

Australijskie Depravity to stosunkowo nowy twór. Z miejsca zaznaczam, że pokazują, jaki powinien być death metal. Szybki, agresywny, niszczący i bezkompromisowy. Po trzy-utworowej epce, wydanej w 2016 roku, i zatytułowanej Reign of the Depraved, nadszedł czas na pełnowymiarowy materiał. Wypuszczenia tego piekielnego tworu postanowiła się dopuścić Transcending Obscurity Records, a premierę przewidziano na 30 kwietnia bieżącego roku.

Małą ciekawostką, która niewątpliwie zachęci wielu polskich maniaków rzeźni, jest fakt, iż za bębnienie w tym zespole jest odpowiedzialny Louis Rando, znany z nieboskiego Impiety. Tu stanowczo ma więcej pracy niż w macierzystym zespole. Evil Upheaval to istna miazga i pokaz mocy. Od pierwszego Manic Onslaught Depravity przeprowadza skomasowany atak na ośrodki słuchowe słuchacza. Najbliżej zespołowi jest do amerykańskiej sceny brutal death metal. Myślę, że dla osób, które jeszcze nie miały okazji ich posłuchać najlepszym odniesieniem będzie nazwa Hate Eternal. Depravity w podobny sposób na bazie „morbidowych” zagrywek budują swoją znacznie brutalniejszą odmianę death metalu. Z tym że u Australijczyków, moim zdaniem, jest mniej chaotycznie i bardziej w punkt. Wokalista wypluwa z siebie linijki z chorą prędkością i precyzją. Barwą może przypominać momentami niejakiego Piga, znanego wcześniej jako Sauron z Decapitated i obecnie Masachist, ale w odróżnieniu do niego zdarza mu się od czasu do czasu skorzystać z wyższych partii.

Depravity pomimo nacisku na szybkość nie zapomina także o zwalnianiu. W zwolnieniach tych zdarza się, że pojawi się tło klawiszowe, co nadaje old schoolowy nastrój. Przypomina mi to podobne zabiegi kapel death metalowych z lat 90.(początek The Great Divide). Takie smaczki, pozornie nic nieznaczące, często nadają całości tego „czegoś”, co każe wracać do danej płyty.

Evil Upheaval długością albumu, jak na taki gatunek muzyczny, może przestraszyć. Czterdzieści minut ładunku nienawiści wydaje się nieznośne. Nic bardziej mylnego. Utwory pomimo bezustannego pędu da się bez problemu rozróżnić, a cała płyta nie męczy. Jest to sztuka moim zdaniem wielka i oddaję szacunek twórcom za kunszt komponowania.

Tak udanego albumu w gatunku ekstremalnego death metalu nie słyszałem chyba od czasu King of All Kings Hate Eternal. Taka muzyka działa na mnie lepiej niż energy drink czy mocna kawa i nie wątpię, że ten album otworzy ze mną nie jeden dzień, by przekazać mi trochę swojej mocy.

8,5/10

Tagi: , , , , , , .