Dissonant Winds – “Drowning in the Residues of Misery” (2019)

Francuska Transcendance to maleńki, właściwie chałupniczy label, specjalizujący się w wyszukiwaniu i wydawaniu całkowicie podziemnych kapel uprawiających gęsty, smolisty, atmosferyczny black metal. Jej katalog to ledwie kilkanaście pozycji, ale dosłownie każda z nich to absolutny strzał w dziesiątkę w swej niszy.

Nie inaczej sprawy się mają z Dissonant Winds, jednoosobowym projektem z Australii i jego trzecim, pełnym albumem. Albumem, który swoją intensywnością, mocą i oddziaływaniem jest w stanie zamienić słoneczną i ciepłą Australię w jedną, wielką, leśną, całkowicie zlodowaciałą połać pozbawioną słońca. To tylko trzy utwory, ale aż siedemdziesiąt pięć minut muzyki, która swoją niepokojącą jednostajnością wwierca się w mózg, przenika do szpiku kości, i jest tak zimna, że aż parzy.

Na pozór nie ma tu nic, co mogłoby przykuć uwagę na dłużej niż pół pierwszego numeru. Jakiś wstęp, cztery riffy na krzyż, zjadliwy wokal, klawiszowe plamy potęgujące doznania, ambientowe zakończenie (przeważnie rozciągnięte do kilku minut). Wszystko mknie z prędkością światła, by zwolnić w środkowych partiach, czasami gitary zamilkną, lub pojawi się ledwie słyszalna zza ściany dźwięku melorecytacja. Tylko tyle, ale jak się okazuje, w zupełności wystarczy, by porwać słuchacza w inny wymiar. Mimo przerażających długości utworów nic się tu nie dłuży, nie ma chwili znużenia. Riffy czasem brzmią, jakby zaczęto je grać wczoraj, a drugi akord wejdzie za jakieś dwa lata, ale jeśli zamkniemy oczy i damy się ponieść fali mrozu, jaką ze sobą niosą, to nie ma przebacz. Odlot gwarantowany, a klimat można ciąć nożem, mimo że jego rodowód nie jest tak oczywisty jak się na pierwszy rzut ucha wydaje. Las, góry, totalny mróz – to wszystko jest, i to w ilości mocno stężonej, ale podskórnie czuć ich obce, właściwie pozaziemskie pochodzenie. To nie jest wędrówka po leśnych ścieżkach ku piekielnym odmętom, to raczej swoista odmiana lewitacji z wyostrzonymi zmysłami ku nieznanemu. Wiemy którędy, ale nie wiemy dokąd, choć jasne jest, że w miejscu przeznaczenia będzie tylko zimna pustka, nicość i otchłań pozbawiona jakiegokolwiek pierwiastka życia. Jeśli oczywiście uda nam się do niego dotrzeć, co wcale nie jest takie pewne.

To nie jest muzyka dla każdego, taki black metal albo się akceptuje od początku do końca, albo w ogóle. Pośredniej drogi nie ma. Jeśli ktoś do tej pory miał z takim graniem pod górę, to Drowning In The Residues Of Misery nie odmieni nastawienia. Wręcz przeciwnie, to płyta na tyle mocna, intensywna i gęsta, że może być wyzwaniem nawet dla zaawansowanych miłośników atmosfery. Jakby nie było, zlekceważyć jej nie wolno, bo w swej kategorii to album po prostu idealny, zrobiony przez gościa, który czuje i rozumie taką muzykę jak mało kto. Nie wiem, czy da się jeszcze lepiej w te klocki, ale z każdym kolejnym odsłuchem wydaje mi się to coraz mniej prawdopodobne.

Ocena: 10/10

 

Rafał Chmura

Tagi: , , , , , , , , .