Down To The Heaven – “[level-1]” (2018)

Metalcore prezentowany przez Down To The Heaven, to w naszym kraju wciąż towar deficytowy. Kapela powstała w 2013 roku w Bielsku-Białej, a w swojej twórczości miesza djent, elektronikę z wcześniej wspomnianym metalcorem. To powoduje, że ich muzyka jest tak samo melodyjna, co agresywna, czego dowodem ma być wydany z końcem marca 2018 roku debiutancki album [level-1].

Materiał na album rejestrowany i miksowany był w grudniu ubiegłego roku we wrocławskim Seeker Studio, a za produkcję płyty zabrało się Heavision.

Okładka jest dość minimalistyczna i zawiera niewiele ponad logo zespołu, które łatwo zapada w pamięć – co w przypadku debiutu jest raczej dobrym rozwiązaniem. Za oprawę graficzną odpowiada bielskie studio graficzne sztuczny-horyzont.

Kapela na przestrzeni pięciu lat zagrała sporo koncertów, dzieląc scenę z takimi grupami, jak Drown My Day, Materia czy Fractal Universe, dzięki czemu miłośnicy gatunku mogli zetknąć się z materiałem już wcześniej, a ponieważ muzyka, którą chłopaki z siebie wydobywają jest tak oryginalna, to bankowo Panowie się wyróżniali. Na początku albumu – jak to zwykle bywa – wita nas intro w postaci Down to the…, gdzie cyfrowy głos, wypowiadając niskim tonem nazwę kapeli sugeruje nam, że nuta, która niebawem trzaśnie z głośnika, nie jest tylko kolejną, powielaną do znudzenia metalcore’ową sieczką. Możemy przekonać się o tym już przy pierwszym numerze pod tytułem Catharsis, gdzie oprócz tradycyjnych instrumentów słychać również delikatne i miłe dla ucha elektroniczne tło, nadające numerowi ciekawej głębi. Od początku na pierwszy plan wysuwają się mocne breakdowny i całkiem niezły wokal, który wypluwa anglojęzyczne liryki niemal w rapowanym tempie, przez co aż nie chce się wierzyć, że to nasi krajanie. Dalej jest podobnie. Lost in memories nie ustępuje poprzedniemu numerowi. Świetne brzmienie instrumentów podbija potwornie dobry wokal, który znów trzeba pochwalić – śmiało mogę stwierdzić, że ten niski growl, który tak zgrabnie przechodzi w wysokie krzyki należy do jednego z lepszych gardeł w naszym pięknym kraju. Czwarty utwór jest moim ulubionym. O nim nie będę się rozpisywał, bo Unbroken trzeba po prostu posłuchać. Po nim nadchodzi moment na zwolnienie tempa. Atmosferyczne, instrumentalne No vision jest numerem, który brzmi trochę jakby wciągnięty został z dokonań takich kapel, jak chociażby… Tides From Nebula. Towarzyszy mu genialne gitarowe solo, a wszystko zagrane wokół motywu, który zgrabnie przeradza się w Kingdom of delusion. Tu powoli nabiera tempa, aby za chwilę powrócić do słuchacza z pierwotną siłą. Kolejne nagranie – Tyrant’s fall – również ląduje na podium. Świetna nuta, która jest kwintesencją całego albumu. Ostatnie – We Are – żegna słuchacza w godnym stylu i pozostawia mały niedosyt.

Całość prezentuje się bardzo dobrze. Instrumentalia, wokal i klimat nie dają powodów do narzekania. Elektronika, która jest tu obecna, nie zapycha braków pomiędzy dźwiękami a buduje świetną atmosferę, która wzbogaca muzykę zawartą na [level-1].

Życzyłbym naszemu rynkowi muzycznemu więcej takich kapel i albumów. To właśnie dzięki takim zespołom jak Down To The Heaven, można twierdzić, że prezentujemy wysoki poziom w skali świata. Bezkompromisowy, szczery metal, który nie bierze jeńców i pozwala pozbyć się kompleksów, które niewątpliwie pojawiają się, kiedy słuchamy muzycznych dokonań z zagranicy.

9/10

źródło: youtube

 

Tagi: , , , , , , , , , , .