Dragony – „Masters Of The Multiverse” 2018

Austriaccy power metalowcy z grupy Dragony wydali właśnie swą trzecią płytę, zatytułowaną Masters Of The Multiverse. Album ten, podobnie jak poprzedni, został wydany przez wytwórnię Limb Music.

Muszę nadmienić, że moja fascynacja takim graniem ma dość specyficzny charakter. Otóż baśniowo–fantastyczny świat, w którym rycerze gonią smoki (albo odwrotnie) nigdy mnie nie pociągał. Nie pasjonowałem się nigdy RPGami. Pewnie niektórzy będą się śmiać, ale do niedawna żyłem w przekonaniu, że Dungeons and Dragons to jakaś gra lub seria gier komputerowych. Fantastykę klasy B omijałem szerokim łukiem. W czasach szkolnych może i byłem totalnym outsiderem, ale nerdem nazwać mnie nie można było. Jednak ten styl grania zawsze mnie interesował w jakiś sposób. I to pomimo świadomości jego kiczowatości oraz tego, że w pewnych kręgach lepiej się do niego nie przyznawać.

Nowe dzieło Dragony przypomniało mi tamte czasy (było to ok. 10 lat temu). Muzyka wypełniająca Masters Of The Multiverse to „cheesy power metal” (początkowo to określenie miało charakter pejoratywny, potem nabrało nieco neutralności), czyli muzyka, która niewątpliwie wyrosła z klasycznego heavy metalu, jednak jest absolutnie pozbawiona jego pierwotnego ciężaru i energii, zdominowana przez wpadające w ucho melodię, sporą ilość klawiszy (niekiedy imitujących orkiestrę symfoniczną, a niekiedy brzmiących jakby były wyjęte żywcem z jakiegoś utworu w stylu italo disco) oraz wysoki, falsetowy śpiew wokalisty.

Już pierwszy utwór Flame Of The Valon rozpoczyna się symfonicznym intro, który mógłby stanowić dobry soundtrack do gry komputerowej. Szybko jednak przechodzi w melodyjny, gitarowy riff podbarwiany partią klawiszy. Wokal Siegfrieda „The Dragonslayera” Samera jest wysoki, mieszczący się w normach stylu, chociaż bez tej irytującej, często spotykanej u innych power metalowych wokalistów piszczącej maniery (co jest plusem). Oczywiście chóry w refrenie są. Dragony niewątpliwie sporo czerpie od Włochów z Rhapsody/ Rhapsody Of Fire (czy też innych wariacji tego zespołu). I dobrze. Jak już brać wzorce to tylko od najlepszych. Ciekawy jest utwór numer dwa, czyli wybrany do promocji If It Bleeds We Can Kill It (swoją drogą to byłby dobry tytuł dla jakiegoś utworu Cannibal Corpse czy innego Six Feet Under). Tutaj mamy zdecydowanie bardziej popowy klimat. Słuchając tego utworu, powróciły do mnie moje stare rozkminy, jak to się stało, że dotychczas nikt nie wpadł, aby wykorzystać niewątpliwy komercyjny potencjał drzemiący w takiej muzyce. Kolejny utwór warty wyróżnienia to Defenders. Przyznam się, że już po pierwszym przesłuchaniu nie mogłem się od tego refrenu uwolnić. Każdy kawałek na Masters Of The Multiverse trzyma wysoki poziom, prezentując to, co w power metalu najlepsze – czy to gitarowe solówki w balladowym Angels On Neon Wings, czy to chóralne refreny w Eternia Eternal. Ciekawostką jest przerobiony na power metalową nutę przebój Stana Busha pod tytułem The Touch.

Ostatnio spotkałem się z opiniami, że power metal (ten w europejskim wydaniu, US power metal to zupełnie inna bajka) zmarł śmiercią naturalną. To bzdura. Fakt, że wciąż powstają takie płyty jak Masters Of The Multiverse najlepiej temu przeczy.

Ocena: 8/10

Tagi: , , , , , , .