Dreamlord – “Disciples Of War” (2019)

O specyficzności greckiej sceny metalowej napisano już niemało. Specyfika dotyczy raczej mieszaniny stylów i gatunków podatnych na różne awangardowe naleciałości. Natomiast thrash metal to thrash metal i kropka. W tym gatunku powiedziano już wszystko i raczej nikt nie będzie się silił na wyważanie otwartych drzwi, tudzież próbę redefinicji. Młode zespoły grają, bo lubią, a cała reszta wydaje się mało ważna. Tak samo Dreamlord – załoga, której początki sięgają połowy lat 90., ale dorobiła się dopiero drugiej pełnej płyty.

Dreamlord grają thrash – dość tradycyjny, oparty na amerykańskich wzorcach, czerpiący po trochu od każdego z największych. Jest motorycznie, jest zabawa z tempem, jest cały wór znanych i lubianych riffów, czyli wszystko to, co w thrash metalu być powinno. Ale czy to wystarczy, żeby zainteresować odbiorcę? I tak, i nie. Fani pulsującej młócki dostaną dobrze wyważoną dawkę zjadliwego, gitarowego rzemiosła, opartego na częstych zmianach tempa i przyozdobionego sporą dawką niezłych solówek. Ci zaś, którzy szukają czegoś więcej, będą zmuszeni szukać dalej, bo grecki kwartet praktycznie nie wychodzi poza kanoniczne ramy gatunku. Inna sprawa, że kanon dla każdego może być troszeczkę inny. Dreamlord najprzychylniej patrzą na dokonania takich grup jak Overkill czy Anthrax, bo i struktury utworów podobne i lekkie, heavy metalowe naleciałości również są obecne. Uczciwie trzeba przyznać, że Grecy nie są w nikogo wpatrzeni jak sroka w gnat. Tam, gdzie pojawia się bardzo wyraźna inspiracja wyżej wymienionymi klasykami, zaraz równoważy je zagrywka w stylu wczesnego Annihilator. Panowie mają ciągoty do takiego kombinowania, ale albo brakuje im odwagi, albo hamuje ich szufladkowy konserwatyzm. Są momenty, gdzie ultraszybki, gitarowy fragment zostaje złamany przez interesujący, basowy wtręt, albo dokładnie odwrotnie, ale to wszystko. To, co dla Jeffa Watersa było podłogą, dla Greków jest sufitem. Wielka szkoda, że nie pozwalają sobie na więcej brawury w warstwie kompozycyjnej, bo wówczas płyta mogłaby być znacznie ciekawsza. Tym bardziej, jeśli zwrócimy uwagę na brzmienie. Ten aspekt wyszedł chłopakom właściwie idealnie. Doskonale wbili się między ostrą, typowo thrashową motorykę, heavy metalowy feeling i punkującą nośność. Jest zjadliwie, ale czysto, bardzo organicznie, tłusto i mięsiście. To zasługa mocno wyeksponowanej sekcji, zwłaszcza linii basu, bo ten wydaje się żyć własnym życiem. Coś jak na starych płytach Iron Maiden – często nadaje ton kompozycji, wyznaczając jej kierunek, lub stanowiąc kontrę dla melodii wygrywanej przez gitary.

Na dłuższą metę ten album po prostu nudzi. Jest przeładowany formą, a za mało w nim treści. Jest stanowczo za długi, bo pięćdziesiąt minut takiej formuły potrafi zmęczyć nawet przed półmetkiem. Gdyby go streścić do dwóch lub trzech szybkich, klasycznych killerów, a powtarzane bez końca bardziej pogmatwane motywy skondensować do kilkunastu minut, to mogłaby być naprawdę duża rzecz. A tak mamy przeciętny, thrashowy album, o którym jutro nikt nie będzie pamiętał.

Ocena: 5,5/10

 

Rafał Chmura

Tagi: , , , , , , , , .