Druj – “Chants To Irkalla” (2018)

Gdy trafiam na płytę, która nic mi nie mówi ani wizualnie ani swoim tytułem, nie przewija się w żadnych forach, których polecenia warto brać pod uwagę, a do tego wyszła spod skrzydeł zespołu zupełnie mi nieznanego (i nawet nie jestem pewny jak powinno wymawiać się ich nazwę), ostatnią deską ratunku zostaje wydawca. W tym wypadku wydawcą jest Godz Ov War Productions, momentalnie przestaję więc mieć wątpliwości i sprawdzam.

W ten sposób natknąłem się na pełnoprawny debiut alaskańskiego Druj. To trzy kwadranse doom metalu, gęsto przyprawionego śmiercią i czernią. Doom może nie leży jakoś najbliżej mojego serduszka, ale hej, nie raz już udało mi się docenić, a nawet zaprzyjaźnić z ekipą, której perkusista nie brzmi jak epileptyk na amfetaminie.

Tak też jest w przypadku Chants To Irkalla. Jeżeli mam słuchać rzeczy powolnych, powinny być one jak najbardziej nasiąknięte jakąś atmosferą. Druj zaś atmosferę tworzy gęstą i lepką jak smoła. Jest tu dużo wyczuwalnego majestatu, niejakiej dumy i pewności siebie w dźwiękach. To tym większa zaleta, że trio wrzuca w kompozycje dużo więcej niż jedno, pogrzebowe tempo. Ciężki, miażdżący doom jest tu podstawą, niemniej często pojawiają się prędkości bardziej ożywcze. Również riffy pochodzą z wielu worków. Zagruzowany walec przeplata się z dość prostymi i chwytliwymi riffami, niekiedy trafi się ciut dysonansu albo dłuższe tremolo, a i dziwactw też nie zabraknie.

Wśród nich jest na przykład zadymione, zahaczające o psychodelię wyciszenie mniej więcej w połowie pierwszego Ziggurat Ablaze. Mocne wrażenie zrobiły na mnie popieprzone solówki numeru tytułowego, szczególnie druga w połączeniu z podkładami instrumentalnym i wokalnym solidnie strzeliła mi w pysk. Nieźle wspominam też Invoke, brzmiące niczym długie interludium, nieustannie dorzucające cegiełkę do rosnącego napięcia. Przy czym wydaje mi się, że nie do końca udaje się te napięcie wykorzystać, brakuje mi tam jakiegoś katharsis pod koniec. Niemniej gwoździem programu Druj jest Consort of Sin. Coś zaczynającego się jak ballada, łudzącego pewnym odpoczynkiem, a potem powoli, delikatnie przeradzające się w szaleńczy kociołek czerni i noise’u z wokalami rodem z depressive suicidal. To się nazywa zrobić wrażenie! I te właśnie fragmenty stanowią najciekawsze części Chants To Irkalla. Pewnie bez nich także dałoby się coś z albumu wynieść, niemniej jakość ubarwień, a także ich umiejscowienie na płycie, nadaje całości ślicznych rumieńców i sprawia, że aż chce się słuchać jej w całości.

Czy jeżeli zatwardziały grindcore’owiec mówi, że dany doom metal warto sprawdzić, to czy faktycznie tak jest? Zamiast się nad tym zastanawiać polecam po prostu Druj sprawdzić. Nie wątpię że ci lepiej znający zakamarki doomu odbiorą ich nieco inaczej, mam jednak silne przeczucie, że to po prostu jest dobre. A nawet jeśli nie, to i tak zamierzam się jarać dalej.

Druj na Facebooku

Ocena: 8/10

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Tagi: , , , , , , , .