Ellende – “Lebensnehmer” (2019)

Projekty black metalowe z krajów niemieckojęzycznego obszaru kulturowego należą obecnie do najciekawszych w Europie. Wystarczy wspomnieć tu o The Ruins of Beverast, Der Weg Einer Freiheit czy Downfall of Gaia, które są znane szerokiej publice Starego Kontynentu. Mniej rozpoznawalnym, ale równie ciekawym jest twór o nazwie Ellende, za sterami którego stoi Austriak, Lukas Gosch. Trzeci album, który ukazał się w marcu tego roku, nie odbił się szerokim echem w mediach społecznościowych. Czy słusznie?

Zacznę od tego, że poprzednie dzieło sygnowane nazwą Ellende, a mianowicie album Todbringer z 2016 roku, był dobrze ulokowany w serwisach streamingowych i często można było się na niego natknąć, szczególnie przy okazji muzycznych podróży po odmętach pewnego serwisu video. Na najnowsze dzieło Goscha, Lebensnehmer, natknąłem się przypadkiem dopiero kilka tygodni po premierze. Przegapiłem, pożałowałem, nadrobiłem.

Tak jak w przypadku poprzedniego swojego dzieła, artysta samodzielnie skomponował i zagrał partie gitary, basu, klawiszy, wokali, napisał teksty utworów, a nawet zaprojektował warstwę graficzną albumu. Za zestawem perkusyjnym swoją pomoc znów zaoferował Paul Färber, ich współpraca przełożyła się na udany i wpadający w ucho krążek Todbringer. Tym razem muzyka na Lebensnehmer nie jest tak oczywista, jak w przypadku poprzedniczki. Wcześniejsze dzieło Ellende było jednym z najciekawszych moich odkryć roku 2016, przynajmniej jeśli chodzi o atmosferyczny black metal. Wyróżniała go innowacyjność w budowaniu ekspresyjnych utworów, była to płyta, w której można było się „zasłuchiwać” w poszukiwaniu nowych inspiracji, ale była to też dobra propozycja na wieczorne słuchanie „w tle”. Lebensnehmer nie udało się powtórzyć tego samego wrażenia, jakie wywoływał Todbringer.

Nie zrozumcie mnie źle, to wciąż jest album, który warto znać. Ekspresja i atmosfera pozostała, choć nie jest już czymś, co wywołuje gęsią skórkę. Album ten stanowi poniekąd kontynuacje stylu, wypracowanego przez Ellende, więc od strony kompozytorskiej raczej nie zadziwia. Poza paroma zmianami, jest to powtórka z rozrywki. Standardowo, rozpoczyna się od melancholijnego instrumentalnego wprowadzenia, po czym dostajemy dwie solidne porcji post-black metalu w postaci siedmiominutowych kawałków Augenblick i Die Wege. W pierwszym na pochwałę zasługują zmiany tempa i przejścia pomiędzy przesterowanymi riffami i motywami na cleanie. Fajnie współgra tu gitara z basem, szczególnie podczas lżejszych, bardziej melodyjnych partii. W przypadku drugiej kompozycji mamy do czynienia z bardziej surowym, „zardzewiałym” brzmieniem, zbudowanym wokół nieco wolniejszego tempa, z ewidentnymi wpływami blacku z lat dziewięćdziesiątych. Następnie wytchnienie przynosi instrumentalny Ein Stück Verzweiflung, w którym nakładają się na siebie nawet trzy ścieżki gitar, swoje miejsce znajduje też gitara akustyczna, a nie zważając na fakt, że utwór ten przypomina balladę, perkusja wystukuje marszowe, miarowe tempo. Paul Färber bardzo dobrze radzi sobie na bębnach, które są istotnym elementem układanki Ellende. Podoba mi się też zabieg zastosowany w kolejnym kawałku. Der Blick wird leer zapożycza jeden z motywów gitarowych z poprzedniego numeru, co przekłada się na płynne przejście pomiędzy oboma utworami. Niezrozumiały jest natomiast sposób „gaszenia” dźwięków jednej z gitar około połowy tego numeru. Urwane dźwięki nie wnoszą tu zbyt wiele, a raczej przeszkadzają w odbiorze tej kompozycji.

Wspominałem, że Lebensnehmer nie zaskakuje? Na chwilę trzeba zmienić zdanie, gdyż instrumentalny Liebkosung des Eiswinds stanowi porzucenie dotychczasowej stylistyki na rzecz ambientu. Zaczyna się ciekawie, mistycznie, bajecznie wręcz. Delikatne dźwięki uzupełniają się i tworzą nostalgiczną atmosferę, którą po chwili psuje prosta perkusja, oparta o kompletnie niepasujący do całości beat. Mam problem z tego typu przerywnikami w twórczości projektów black metalowych. Z jednej strony odstąpienie od nawałnicy riffów i blastów jest dobrym pomysłem, z drugiej zaś, trzeba bardzo ostrożnie kroczyć wśród ambientowych inspiracji, by podobny zabieg nie wypadł blado i kiczowato. Tutaj niestety Ellende traci na jakości.

Na koniec pojawiają się jeszcze dwie bomby. Du wärst eine schöne Leiche odsyła słuchacza poniekąd z powrotem do wcześniejszych numerów z tego albumu. Z dbałością i wyczuciem łączą się tu i przenikają elementy mocniejsze i lżejsze, surowość black metalu krzyżuje się z melodyjnością jego atmosferycznego podgatunku. Podobnie w zamykającym krążek Atemzug, gdzie połowa numeru to wściekłe wokale i ostre riffy, a druga część opiera się na nostalgicznej i patetycznej akustyce. Koegzystencja gitary bez prądu, pianina i smyczków składa się na żałobną melodię, która urywa się tak po prostu, jak gdyby autor nie miał pomysłu na zakończenie. A może o to właśnie chodzi, patrząc na muzykę Ellende przez pryzmat okładki albumu? Oto przecież szkielet, który był obecny również na grafice okalającej płytę Todbringer, tym razem ma na sobie wojskowe ubranie, stylizowane na mundury z okresu I wojny światowej. Klęczy on, z karabinem w ręku, obok zmarłego kompana. Tak, jak nagle kończy się życie ludzkie na wojnie, tak też bez zapowiedzi urywa się ostatnia melodia na Lebensnehmer, co można przetłumaczyć jako „zabieracz życia”.

Jeśli sugerować się samą okładką, można mieć wrażenie, że będziemy mieli do czynienia z czymś w stylu 1914. A jednak Ellende to bardziej atmosferyczny, melancholijny i spokojny projekt. Lebensnehmer nie zapada w pamięć, nie jest tak porywający, jak poprzedni krążek Austriaka. Niemniej jednak należą mu się brawa za inkorporację różnych motywów i poskładanie w całość wielowymiarowych kompozycji. Wzięcie na swoje barki odpowiedzialności za praktycznie całe instrumentarium to nie lada wyzwanie, aczkolwiek Lucas to odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu. Choć jego projektowi przydałoby się trochę więcej świeżości.

Ocena: 6/10

Vladymir

Now I am become Death, the destroyer of worlds.
Vladymir

Latest posts by Vladymir (see all)

Tagi: , , , , , , , , .