Ensom Skogen / Forgotten Spell / Moonblood ‎– “Flammenwut / Aesthetics Of The Necromantic Manifestation / The Unholy” (2015)

Płyty, na których ilość szumu przewyższa ilość muzyki nigdy nie zabierały mi dłuższej chwili na analizę. Zazwyczaj szybko lądują w otchłani szuflady i nigdy jej już nie opuszczają. Nie specjalnie się łudziłem, aby w przypadku tych trzech ekstremalnie undergroundowych, niemieckich kapel było inaczej. Ale nadzieja się tliła.
Kiedy split z 2015 roku po raz pierwszy wsadziłem do odtwarzacza, szybko przewinąłem te dziewięć kawałków i sięgnąłem po coś bardziej interesującego. Nie wiem dlaczego nie wrzuciłem tego dysku od razu do wspomnianej wyżej szuflady i pozwalałem na to, aby ta wymowna (okropna!) i prymitywna okładka rodem z painta raniła moje oczy przez kilka kolejnych tygodni. Wreszcie poczułem pokusę, aby ten twór zbadać nieco dokładniej.
Od pierwszej chwili czuć, że kunsztu w tym za grosz. Numer po numerze brzmi jeszcze gorzej. Przez pierwsze cztery, za które odpowiada Ensom Skogen, ledwie przebrnąłem. Żaden moment mnie nie zajął na tyle, bym poczuł chęć do napisania kilku pozytywnych słów. Całość brzmi jakby nagrywana była w piwnicy starą Nokią, do tego przez pleksę. Moim zdaniem, twórcy powinni się wstydzić tych kawałków, bo utworami raczej bym tego nie nazwał. Sytuacja lekko się poprawia, kiedy grać zaczyna Forgotten Spell. Jakość nadal nie powala, ale samo granie nie jest złe – można znaleźć kilka interesujących momentów, przy których głowa sama lekko się kiwa. Intrygujący jest sam wokal, który brzmi trochę jak głos Golluma z Władcy Pierścieni. Miejscami zachęca, gdzie indziej jednak odrzuca. Na pochwałę zasługuje gitara, której zasługą jest to, że zacząłem troszkę szukać jednak czegoś w tej, powiedzmy, twórczości. Ale podkreślić chciałem tutaj słowo „troszkę”… Dobrze, że ten split kończy Moonblood – w porównaniu do poprzedników, te dwa ostatnie kawałki są jak miód na uszy. Do poprawnego brzmienia nadal jest daleko, jednak taką jakość jestem już w stanie zaakceptować. Wyraźne gitarowe motywy fajnie prowadzą resztę instrumentów, a sam wokal można przełknąć, choć nie bez popitki.
Ten album zmęczył mnie jak żaden inny. Czuję, że uszy spuchły mi jak nigdy dotąd. Jeśli w muzyce cenisz sobie jakąkolwiek jakość, nie włączaj tego splitu. Narzekałem kiedyś na kiepsko nagrane demówki, ale ta płyta nigdy nie powinna opuścić studia, tak samo jak nigdy nie opuści już szuflady. Zakopię ją na samym dnie, a spać pójdę dzisiaj w ciszy – nikt nigdy tak bardzo nie obrzydził mi muzyki. Dziękuję!

2/10

 

Tagi: , , , , , , , , , , .