Eskhaton – “Omegalitheos” (2018)

Jak opisać szaleństwo? Jak ubrać w słowa całkowitą nieprzewidywalność, niepewność świata wokół i zasad jego funkcjonowania, które w każdej chwili mogą się zmienić lub zupełnie wyparować? Co prawda, można się silić na próby wytłumaczenia obłędu, ale nigdy nie będą adekwatne do podmiotu. Najtrafniej będzie ich po prostu doświadczyć. Dlatego właśnie dużo lepiej, byś zamiast czytać ten tekst, odsłuchał trzeci longplay Eskhaton.

Australijski skład na swoim najnowszym opus, wydanym przez czeskie Lavadome Productions, zbliża się do okultystycznego szału tak blisko, jak tylko się da. Przez niemalże godzinę huragan czarnej magii przybiera formę chaotycznego death metalu. Omegalitheos składa się z czternastu utworów, niemniej próby ujęcia go jako zbioru kawałków z miejsca skazane są na porażkę. Należy doświadczać go w całości.

A to może być trudne, nawet jeśli piosenki o śmierci zjadasz na co dzień. Eskhaton gra wyjątkowo skomplikowanie i nieprzystępnie, a sam schemat refrenów i zwrotek nie ma tu racji bytu. To nieustanny, gnący na złamanie karku kalejdoskop kolejnych okropieństw i opętańczych pomysłów, w imię śmierci i zniszczenia. Omegalitheos porównałbym do twórczości Portal i Teitanblood. Jest tu miejsce na bluźnierczy holokaust ludzkości, jest przegniła, demoniczna atmosfera, jest kolosalna wyniosłość i nadprzyrodzona monumentalność. Od takiej muzyki świątynie się walą a ziemia płonie. Gitarowe i wokalne szaleństwa mają przy tym niezwykle przyciągający urok, stoisz więc i patrzysz, jak wszystko się kończy. To skrajna, deathmetalowa dewastacja, wymagająca pełnego skupienia. Eskhaton nie nadaje się do słuchania w tle, przy okazji ani w częściach. Pięćdziesiąt dwie minuty trwają naprawdę długo, szczególnie w wypadku tak intensywnego materiału. Niemniej jednak, choć Omegalitheos po pewnym czasie męczy swoją chaotycznością, to jednak według mnie zasługuje na pełny odsłuch. A pisze to gość, który rzadko kiedy słucha czegoś dłuższego niż pół godziny.

Podobnie niepewne zastrzeżenie mam także do brzmienia płyty. Z jednej strony sprawiałoby sporo problemów nawet przy prostszej muzyce. Produkcja jest niewyraźna, wycofana, często na siebie nachodzi. Szczególnie przeszkadza to przy partiach gitar, nierzadko zamazanych i niejasnych. Perkusja również brzmi dość głucho, niekiedy trzeba się na niej skupiać, by ją słyszeć. Z drugiej strony, owe “zamglenie” dźwięku bardzo pasuje do konceptu albumu. Nie słyszysz uderzeń w talerze i centrale, słyszysz osuwające się gruzowiska i trzask błyskawic.

Omegalitheos to dokładnie taki metal, przed którym ostrzegał was proboszcz. Zły do szpiku kości, gardzący wszelkimi cnotami. Wielu uzna ją za zbyt ekstremalną, niemniej dla reszty to absolutny must-have.

Eskhaton na Facebooku

Ocena: 9/10

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , , , .