Eternal Crypt – “Loneliness of the Wolf” (2018)

Amerykański power folk metal brzmi bardzo niepokojąco. Dobrze, że w gatunku dopisali jeszcze „melodyjny black”. Inaczej bym chyba się nie odważył wziąć na warsztat debiutu tego duetu. W końcu synonimem słowa „amerykański” bywa słowo „tandetny”. Podobnie zresztą jak dla słowa „power” i ostatnio niestety również „folk” oraz „melodic”.

Osiem kawałków i czterdzieści minut muzyki napawa optymizmem. Oznacza to po krótce, że nie będzie przekombinowanych dłużyzn, a płyta skończy się, zanim zacznie się na dobre nudzić. Innymi słowy przeleci bezboleśnie jak mdły kebab.

Upraszczając konstrukcję tego albumu, można powiedzieć coś takiego: z wzorców blackowych znalazłem głównie growl. Oczywiście tam, gdzie on jest, bo jest nie zawsze. Miejscami ustępuje wokalom czystym i folkowym. I tu też właśnie (podobnie jak z wątkami blackowymi) kończą się dla mnie wątki folkowe na tej płycie. Cała reszta to power metal. Widać to wyraźnie w czystych i heavy metalowych partiach gitarowych, klarownych i równych partiach perkusyjnych oraz (oczywiście) w męskich chórkach i zaśpiewach (posłuchajcie utworu Dream). Całość obleczona jest oczywiście klarownymi liniami melodycznymi, nieco tandetnymi i pompatycznymi, ale taki przecież jest power metal. Na szczęście poza hymnami pokroju Lady of the Night, balladkami a’la Luminous Night, Spancil Hill czy otwierającym Fields of Gosnell są i kawałki nieco szybsze i nieco bardziej mięsiste (jak na power metalowe standardy oczywiście). Mam tu na myśli na przykład całkiem zgrabny kawałek Loneliness of the Wolf i nieco gorszy oraz nieco bardziej zmienny w klimacie A Dark December’s Day.

No cóż, nie bardzo wiedziałem, który ze wspomnianych na początku pierwiastków przeważa na debiutanckim albumie Eternal Crypt. Jak dla mnie niestety najwięcej tu power metalu, czyli z mojego punktu widzenia plastiku, sztampy i pudrowanych wikińskich klimatów. Krew jest tu z keczupu, a flaki zostały dorobione w Power Poincie. Pardon, w ostatecznej wersji płyty nie ma ich w ogóle, gdyż zostały usunięte z uwagi na drastyczność scen. A mężni, pachnący i czyściutcy wikingowie wyją do księżyca, stojąc równo na nowiutkim drakkarze zdobionym niczym Sagrada Familia.

Może miłośnikom power metalu przypadłby ten album do gustu znacznie bardziej, ale ja dosłuchałem go do końca i obiecałem sobie więcej tego nie robić. Może gdyby jakiemuś miłośnikowi Tyra znudziło się kołysanie w rytm The Lay of Our Love i zamarzyłby o odrobinie brutalności, tej płycie dałby nawet i dziewięć punktów. Ja daję pięć, bo nie razi niedoróbkami i ma w sobie jakiś sens.

 

Eternal Crypt na Fecebooku

Eternal Crypt na Bandcamp

Eternal Crypt w Encyklopedii Metalu

Ocena: 5,0/10,0

 

Tagi: , , , , , , , , .