Extremity – „Coffin Birth” (2018)

Jak death metal to tylko z USA. Znam sporo fanów rzeźni, którzy pod takim zdaniem podpisują się bez mrugnięcia okiem. Osobiście potrafię docenić walory różnych scen i sposobów tworzenia metalu śmierci, ale amerykańskiej sceny nie udało mi się przecenić. Bo czym by był DM bez sceny z Florydy lub bez pochodzącego z Kalifornii Possessed? Na przełomie lat 80. i 90. metal brutalizował się na wszystkich kontynentach, ale to w Stanach wylało się szambo prawdziwej rzeźni, by zapoczątkować najobrzydliwszą i najbrutalniejszą z odmian metalu. Piszę o tym, ponieważ wpadł mi w ręce debiutancki album Amerykanów z Extremity zatytułowany Coffin Birth, który bez wątpliwości nazwać można czystym death metalem. Płytę w 2018 roku wydała wcześniej mi nieznana wytwórnia 20 Buck Spin.

Extremity debiutantem jest tylko z nazwy. Muzycy obijają się po scenie już ładnych parę lat i możecie ich znać z takich bandów jak Agalloch (obecnie Khorada), Vhol, Ulthar, Vastum, Cretin, Repulsion i Exhumed. Z takiego zestawu raczej ciężko oczekiwać wyprodukowania słabizny i oczywiście Coffin Birth nią nie jest. Jaki zatem jest ten album?
Muzycznie niewątpliwie jest tym, co się lubi w naszym kraju, czyli oldschoolowym, surowym, dosyć przewidywalnym kawałkiem agresji muzycznej. Przewidywalność ta bez dwóch zdań jest atutem płyty, dającym słuchaczom najnormalniej w świecie to, czego się oczekuje po tego rodzaju sztuce. Czterdzieści minut Coffin Birth wypełnione jest brudno brzmiącym, grobowym śmierć metalem, coś jakby zestawić ze sobą Autopsy i Incantation, przy czym muzyka jest znacznie wolniejsza od tego drugiego, ale za to bardziej brutalna od pierwszego, ale utrzymana w tym samym duchu. To, co łączy te załogi to także doomowe zwolnienia, których również nie brakuje na Coffin Birth, a które zawsze dobrze wypadają w zestawieniu z szybkimi partiami, bo nie tracąc na brutalności wprowadzają element urozmaicenia. Jak już jestem przy tym aspekcie, muszę wspomnieć, że w pierwszym kontakcie płyta wydała mi się monotonna, ale po kilku odsłuchach uczucie minęło i „łykam” już wszystko bez uczucia nudy.

Na wyróżnienie w moim uznaniu zasługuje otwierający, połączony z intrem Coffin Birth/A million Witches, w którym moje skojarzenia przywołały świetny materiał My Dying Bride Symphonaire Infernus et Spera Empyrium, gdzie Brytyjczycy jeszcze pamiętali, iż czasem można przyspieszyć. Dodanie staromodnie brzmiącego klawisza tylko zwiększa to uczucie i samą atrakcyjność utworu, dzięki czemu nie ma wątpliwości dlaczego został wybrany jako numer jeden.

Daję tę kompozycję jako przykład, lecz śmiem twierdzić, że cały materiał jest wyrównany i mocny, nie ma tu miejsca na błędy czy zamulacze. Debiuty takie jak Coffin Birth na szczęście rzadko mają miejsce, bo mogłyby wysłać zaufane załogi na emeryturę dzięki swej wysokiej jakości, a podniesienie tak poprzeczki nowym zespołom mogłoby odebrać im chęci, by w ogóle zacząć.

Ocena : 8/10

Tagi: , , , , , , , .