F. Emasculata – “Take Me Home” (2019)

Take Me Home wygląda jak teksańska odpowiedź, w wykonaniu rodziny Hewittów, na Straight Outta Compton. Przynajmniej z okładki. Dodając do tego nieznaną, a niewiele mówiącą nazwę zespołu oraz szereg undergroundowych wytwórni z tyłu, z których tu wymienię tylko Rip Roaring Shit Storm Records (resztę znajdziecie w tagach), spodziewałem się jednocześnie nie wiadomo czego i powerviolence. W obu wypadkach się pomyliłem.

Płyta ta jest pełna paradoksów. Niby jest tylko EP-ką, ale przy okazji zespół dorzucił bonusowo dwie poprzednie, robiąc z niej dyskografię. Niby piosenki rzadko kiedy wykraczają poza dwie minuty, ale potrafią się brzydko ciągnąć. Niby nie można spodziewać się niczego konkretnego, ale to prosty, by nie powiedzieć chamski, hardcore punk. Nie zrozumcie mnie źle, ten nieskomplikowany raban z wystawionym środkowym paluchem w każdym kierunku nie jest zły. Gdyby Take Me Home wydać samodzielnie jako siódemkę, miałaby dużo więcej sensu. Uproszczona kompozycja i beztroskie riffy nie wymagają wiele uwagi, toteż dużo lepiej działają jako dodatek (na przykład tańców pod sceną), niż danie główne. Zdarzają się tu jednak przebłyski urozmaiceń. What’s In The Jar? w drugiej części zarzuci coś z okolic indie/grunge, a The Great Mutato przy przymrużeniu oka można porównać do sludge. Na podobnej zasadzie Copy Song romansuje z powerviolence a Who Do You Believe? z beatdownem. Musimy przy okazji zaznaczyć, że to raczej luźne i frywolne skojarzenia.

Po rozkręceniu się przy Take Me Home trafiamy do IAXFE, gdzie materiał robi się nieco bardziej agresywny i dziki. Styl grania się nie zmienia, niemniej dźwięki posiadają więcej energii. Problem polega na tym, że gdzieś w okolicach wcale przyjemnego i zadziornego EBE (to jest, połowy drugiej EPencji) płyta zaczyna nudzić, a jej wtórność bije po oczach bardziej i bardziej. Na ostatniej składniowej, The Truth, osiąga to niemal irytujący stopień. Album trwa razem ponad trzydzieści pięć minut, co w przypadku takiej muzyki jest porządnym przegięciem. Ani butne brzmienie DIY, ani częste zmiany tempa nie wygrają z pokazującą się w szerszej perspektywie monotonią.

Dlatego też Take Me Home jest raczej krążkiem wydanym specjalnie dla fanów kapeli. F. Emasculata porusza się w swojej stylistyce sprawnie, nie na tyle jednak, bym bardziej ich polubił. I z całą pewnością nie zamierzam wracać do tego krążka w całości. Co innego, do pojedynczych części.

F. Emasculata na Facebooku

Ocena: 6/10

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , .