Flying Circus – “1968” (2019)

W prasowej zapowiedzi przeczytać można: “New Flying Circus album brings the year 1968 to lige again”. Czy to prawda? Nie do końca, i to trzeba wyjaśnić już na wstępie. Bo zamieszczone na płycie piosenki stanowią rzeczywiście zwarty koncept, a każda z nich w tytule odnosi się do konkretnego miejsca, zaś w tekstach do ważkich wydarzeń, które się w nich w rzeczonym roku rozegrały. Przyjdzie zatem słuchaczowi m.in. stanąć na barykadach protestów w Paryżu i podczas Praskiej Wiosny, poczuć żałobny chłód Memphis w dniu zamachu na Martina Luthera Kinga i obraz beznadziei w otoczonym wojną Wietnamie.

I jeśli lirycznie możemy przypomnieć sobie wydarzenia, które uczyniły 1968 wyjątkowym, tak muzycznie niewiele uszczkniemy z ducha tamtych czasów. Muzycy sięgają tu raczej po środki wyrazu o kilka lat późniejsze. Czy mi to osobiście przeszkadza? Trochę tak. Ale zdaję sobie sprawę, że mogę być wyjątkiem. Zresztą nie umawiał się zespół z nikim, że założy dzwony i odtworzy z pamięci wszystko to, co można było usłyszeć wtedy na hippisowskich festiwalach i uniwersyteckich kampusach. Radosne podrygi dzieci-kwiatów nie byłyby tu na miejscu. Bo choć był to czas nadziei i wybuchu pozytywnej energii młodych ludzi, to przecież ten pacyfistyczny ferment stanowił kontrę dla dramatycznych wydarzeń na świecie. Taki jest też ten 1968 w propozycji Flying Cricus.

Mamy w kompozycjach zespołu wiele (jeśli nie wszystko) z prog rocka lat 70. – charakterystyczna, wielowątkowa forma, mocne riffy, ale i subtelniejsze dźwięki gitary, rytmiczne zabawy sekcji, plamy staroświeckich syntezatorów (z mini moogiem na czele). Porównania zwłaszcza do Rush nasuwają się od razu – wokalista Michael Dorp wpada czasem w wysokie rejestry, które kojarzą się z Geddym Lee – ale też z Yes (ta rytmika i aranżacja w Viennie) albo Mahavishnu Orchestra. A mamy tu też takie smaczki jak “frippowa” partia gitary elektrycznej w My Lai, albo dźwięki fortepianu w Prague, które mają wiele wspólnego z oszczędnym stylem śp. Ricka Wrighta z Pink Floyd.

Rzadko – ale jednak – znajdujemy w utworach Flying Circus drobną muzyczną dedykację do konkretnych tematów, jak żywiołowe, celtyckie, taneczne dźwięki w Derry (utwór nawiązuje do protestów w tym północno irlandzkim mieście), czy dalekowschodnie harmonie wplecione w partię skrzypiec w My Lai. Nie ma też wątpliwości, że płytę nagrali biegli muzycy, z aranżacyjnym wyczuciem. Osądzając po siwych głowach, Panowie na takich prog rockowych dźwiękach po prostu się wychowali i nasiąkli przez osmozę pewnymi inspiracjami.

Kto jednak znudził się odgrzewaniem progowego kotleta z lat 70., albo zwyczajnie nigdy nie kusiła go taka stylistyka, temu nie musi ta potrawa smakować. 1968 to rzetelnie przygotowany album – z odrobiną wirtuozerii, z gracją zaaranżowany, sięgający po różnorodne środki – ale w żadnej mierze nie porywający. Wysłuchałem z uwagą, doceniłem, czasem kiwnąłem głową. Nie mogę jednak powiedzieć, że którykolwiek z muzycznych tematów mnie oczarował.

Miłośnikom starego rocka progresywnego mimo wszystko polecam. A nawet tym, którzy nie lubią tego typu muzyki, płyta może dostarczyć inspiracji w zgłębianiu tematyki historyczno-społecznej, co jest na 1968 wartością dodaną.

ocena: 7/10

Oficjalna strona na Facebooku

Tagi: , , , , , , , , , , , , , .