Foghorn – “Thanatos” (2019)

Foghorn to jednoosobowy projekt z Bydgoszczy, który sprawia wrażenie jakby był dzieckiem Have a Nice Life i Justina Broadricka. Mało tego, słuchając zawartości Thanatosa nie mam żadnych wątpliwości, że jest to przeważnie jak najbardziej celowe zamierzenie autora projektu, Tomasza Turskiego. Każdy, kto choć raz przesłuchał Deathconsciousness lub niemal dowolny album Jesu, doskonale skojarzy na jakich inspiracjach wyrósł Thanatos.

To bynajmniej nie zarzut, bo twórczość Foghorn nie jest bezduszną kalką. Turski kładzie większy nacisk na melodię, w szczególności w wokalach – schowanych i z pogłosem, lecz chwytliwych i kontrastujących z surową sekcją rytmiczną, czy często brudnymi, noise’owymi gitarami. Bywa, że są to rejony nowofalowego post-punka, jak w Labirynth czy Condemnation, gdzie chłód i melodia doskonale się dopełniają, ale zdarzają się też skręty w kierunku post rockowej estetyki, jak instrumentalny, a jednak szybko się wkręcający i zaskakująco pogodny Circle of Lebanon.

Oczywiste ukłony w stronę Have a Nice Life są dwa. Otwierający You Cant’s See Me But I’m Always With You to mój faworyt na płycie, poruszający, nienachalnie melodyjny i chwytliwy, a przy tym rozbudowany i ciekawie narastający. Z kolei Church of Ruins to już oczywiste nawiązanie do Bloodhail, nawet w warstwie tekstowej, gdzie Turski puszcza do słuchacza oko, i może nie każdemu aż takie zbliżenie się do twórczości duetu z Middletown będzie w smak, ale w moim odczuciu to dobry utwór zupełnie niezależnie od inspiracji, znowuż ciekawy aranżacyjnie i ze świetnym zakończeniem.

Problemem Thanatosa jest natomiast to, że pod koniec jakby wytraca impet. O ile spokojny, instrumentalny Lima 1 w klimatach Jesu może być traktowany jako zgrabny przerywnik dzielący materiał na dwie połowy, to I Don’t Hope For Anything More brzmiący jak młodszy brat You Cant See Me… wypada nieco blado. Z kolei najbardziej rozbudowany, ambitny i pełen melancholii zamykający utwór tytułowy odrobinę się dłuży i nie ma takiej mocy jak chociażby Church Ruins, mimo tego, że jest bardziej oryginalny.

Ostatecznie Thanatos jest dla mnie jednak bardzo miłym zaskoczeniem, bo przy tak wyraźnych inspiracjach efekt końcowy bardzo często pokazuje, że muzyk sam nie ma za wiele do powiedzenia. Tutaj jednak jest inaczej, i na tym polega też siła tego albumu. Brzmienie czy pomysły aranżacyjne można bowiem podrobić lub zapożyczyć, ale emocji już niekoniecznie. Tymczasem Thanatos jest równie chłodny i melodyjny, co szczery, i to ostatnie jest tutaj w końcowym rozrachunku najważniejsze.

Ocena: 7,5/10

Mikołaj

Latest posts by Mikołaj (see all)

Tagi: , , , , .