Furia „Księżyc milczy luty” (2016)

Zawsze z zaciekawieniem obserwowałem wizję czarnego metalu, jaką niestrudzenie w wielu formach przedstawiał Michał “Nihil” Kuźniak jako Morowe, czy solowo pod szyldem Cssaba. Niekoniecznie ta sympatia przekładała się na zachwyt nad samą formą i prawdę mówiąc, wolę „ten właściwy”, zespół pod szyldem Furia. Takiej hordy polskiemu black metalowi było trzeba. Co więcej, zespołu, który wyrósł z tradycji i dziś może bez ogródek aspirować do stworzenia własnej oryginalności.
Guido, ostatnie dwa mini albumy sprzed niespełna miesiąca przyniosły solidną dawkę awangardowego eksperymentu w stylu upiornego soundtracku. Księżyc milczy luty to zdecydowany krok ku oryginalności, odrębności i progresji, przy czym ta zmiana więcej ma wspólnego z wycofaniem się i ulokowaniem swojej twórczości na innej planecie, a niżeli kopiowanie z Mayhem.

Pierwszy na liście piosenek Księżyc milczy luty, utwór Zaćmą, w dym to z jednej strony kawał dobrze skomponowanego alternatywnego rocka, z drugiej (za sprawą swej zadziorności) idealny przykład metalowego łojenia. Kolejny, po nim Ciało to mocno psychodeliczny obraz jęków i rozpaczy, gdzie poszarpane dźwięki spotykają się z ponurymi i zimnymi zwolnieniami – to już nie black metal, a raczej post-black metal. Nowe dzieło Furii żongluje wszelaką stylistyką, zestawiając często dwa przeciwstawne ładunki emocjonalne (Tam jest tu), nie odcinając się przy tym się od ekstremalnego siekania (Gorzej). Równie skrajne pierwiastki znalazły się w sferze wokali, choć nadal mocne i ekspresyjne to nieco wyciszone i czyste. Na przed ostatnim Zabieraj Łapska uwzględniono modne ostatnio dysharmonie, przedzierające się przez pierwszy plan oldschoolowe partie zwieńczone mocnym i efektownym pierdolnięciem. Wszystko zaś zamyka ostatni na płycie Zwykle czary wieją, gdzie prosty rytm perkusji daje sygnał do rozpoczęcia melodyjnej suity, by później zmaterializować smutek. Ciężko, więc zdefiniować twórczość nowej Furii, bo oni bawią się kompozycją, przekształcają black metal w progresję, a rock w improwizację. Te połączenia sprawiają, że obcowanie z tym albumem przypomina prawdziwy spektakl.

Największym atutem piątego dzieła Ślązaków jest fakt, że potrafią połączyć pozornie odległe od siebie środki wyrazu, te delikatne z tymi obskurnymi – tym samym stworzyć dzieło wielowymiarowe. I choć niektóre światy „Księżyc milczy luty” mają swe ukryte przejścia, to warto poświęcić czas i ich poszukać.

Ocena: 10/10

Tagi: , , , , , .