Ghost – “Popestar” (2016)

Kiedy sześć lat temu zetknąłem się z debiutem szwedzkiego Ghost, doświadczyłem sporego szoku poznawczego. Po zamaskowanych muzykach, dowodzonych przez lidera w trupiej masce i tiarze na głowie, spodziewałem się raczej technicznego black metalu, a nie mieszanki King Diamonda z ABBĄ. Zacząłem czuć się jeszcze bardziej nieswojo, kiedy uświadomiłem sobie, że przez pół dnia nucę piosenkę, mówiącą o składaniu ofiar z ludzi. Ale co ja na to poradzę, że mają takie chwytliwe refreny?

Od tamtego czasu Ghost nagrał jeszcze dwa wyśmienite długograje i dokonał czegoś wyjątkowo karkołomnego. Z jednej strony widać, że robią sobie jaja i chcą po prostu dobrze się bawić, a z drugiej słychać, że mają fenomenalny dryg do pisania dobrych kawałków. To nie jest przykład zespołu, gdzie strona wizualna czy ewentualne kontrowersje przykrywają warstwę muzyczną – one się uzupełniają. Popestar to EPka, która została wydana z zupełnego zaskoczenia i nie była poprzedzona żadną promocją. Ot, pięć utworów, z których aż cztery to covery. Czy to źle? Moim zdaniem absolutnie nie, a już na pewno nie w tym wypadku.

Nie uważam coverów za pójście na łatwiznę, bo jako słuchacz wymagam od takiego utworu nawet więcej, niż od kompozycji autorskiej. Z jednej strony chcę, by czuć było w niej ducha oryginału i podobieństwo, a z drugiej, jeśli zespół nie wnosi czegoś charakterystycznego dla siebie, intrygującego i świeżego, to jest klapa. Ponadto, na Popestar Ghost bierze się za średnio znanych artystów – wyjątek stanowi Eurythmics, ale oni również mieli większe i bardziej rozpoznawalne utwory niż Missionary Man. Tak więc zamaskowani Szwedzi nie wykorzystują idei coveru do tego, by windować się w górę dzięki jego sławie – robią wprost odwrotnie. A wychodzi im to diabelnie dobrze.

Marszowy i porywający Nocturnal Me w interpretacji Ghost’a pławi się w smakowitym klimaciku starego, dobrego rocka okultystycznego. Do tego śpiewający ze swoim charakterystycznym, kaznodziejskim przejęciem Papa Emeritus dodaje kompozycji niepowtarzalnego smaczku. Z kolei oryginalnie house’owy I Believe, przekształcony został w klawiszową, prowadzoną przez wokal, balladkę, rodem z lat osiemdziesiątych. Programowo kiczowatą, ale już widzę oczyma wyobraźni, jak ostro podpite towarzystwo, na co dzień machające kudłami do różnych thrashy i heavy, śpiewa go na tym etapie imprezy, kiedy mało kto utrzymuje już pozycję pionową. O hitowym potencjale Missionary Man również nie ma co dyskutować. To najbardziej znany z zamieszczonych tu utworów, a Ghoule za bardzo nad nim nie medytowały, wszak tylko prosiło się o dorzucenie mocnego riffu na bazie linii melodycznej i właściwie nic więcej robić nie trzeba było. Największy opad szczęki zalicza się jednak przy wzniosłym Bible, który wskrzesza dawną chwałę arena rocka. Rozbrajająco pompatyczny, chwytliwy i pełen charakterystycznej dla Ghost radości.

Na koniec zostawiłem autorski Square Hammer – utwór stanowiący esencję tego, czym była Meliora. Potężnie nośny riff, porywający refren i zabójcza solówka…żeby pisać takie hiciory naprawdę chyba trzeba przehandlować duszę. Nie radzę słuchać w miejscach publicznych – możecie zacząć śpiewać.

Na słabe wydawnictwo od Ghost przyjdzie jeszcze poczekać. Póki co, bierzcie i słuchajcie z tego wszyscy, bo Czarna Msza nigdy jeszcze nie była tak wesoła.

Ocena: 9/10

Tagi: , , , , , , , , , .