Gnida – “S.Y.F.” (2018)

Gwoli ścisłości, nie chodzi o żaden nowy wytwór krakowskiej Gnidy. Tekst powstał na podstawie reedycji S.Y.F.-u, oryginalnie wydanego w dwa tysiące dwunastym. Tę wersję zawdzięczamy Defense Records, a poza standardowymi piętnastoma kawałkami i numerami, w bonusie zawiera też dwa teledyski.

Krótkimi słowami wstępu zaczęliśmy tę krótką recenzję, bo i materiał cechuje okropna krótkość. I tutaj zaczyna się problem. Choć Gnida teoretycznie rżnie grindcore, to jednak S.Y.F. dużo bardziej brzmi brutal death metalem. Nie sądziłem, że kiedyś coś takiego napiszę, ale krążek jest po prostu za krótki. Pomysły przedstawiane przez ekipę są naprawdę niezłe, ale tylko na ostatnim Fucking Whore mają szansę wybrzmieć. Poza tym wyjątkiem, poświęcane poszczególnym strzałom okolice sześćdziesięciu sekund zwyczajnie nie wystarczają. Deathday powinien dostać jeszcze przynajmniej dwie minuty, Place of Torment też. Gnida gra bardzo porządnie i tworzy kozackie motywy, które niestety przemijają zanim zdążą rozbujać słuchacza. Sytuacji nie poprawiają sample, które nierzadko trwają przez połowę albo i więcej kawałka. Rapture ma bardzo fajny, symfoniczny i podniosły fakt, tylko dlaczego druga część (notabene świetna, kategorycznie zasługująca na więcej) trwa krócej, niż on? Wymieńmy jeszcze tytułowy S.Y.F. albo Vommy Tommy. Rozumiem stylistykę grindcore’owych, dwusekundowych strzałów, ale tutaj to już przesada. W związku z tym, ciężko powiedzieć o płycie coś konkretnego. Brzmi, jakby przeznaczono ją dla ludzi upośledzonych na poziomie koncentracji i ekspresowo tracących zainteresowanie. Dobrze byłoby, gdyby powstało coś w stylu “wersji rozszerzonych” tych numerów. A jeżeli przy okazji podrasuje się brzmienie, wyrównując wycofane gitary i perkusję z wyrzuconym na front wokalem, i wszystko to nieco się oczyści, “oddymi”, będzie kapitalnie.

Historia pokazuje, że Gnida uczy się na błędach, a ich drugi longplay jest już niewiarygodną kosą. S.Y.F. nie jest zły, ale przydałoby mu się więcej pracy. Po odpowiednich szlifach mógłby okazać się pięknym diamentem.

Gnida na Facebooku

Ocena: 6/10

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Tagi: , , , , , , , , , .