Gnosis – “The Offering of Seven” (2018)

Przyznać muszę, że stosunkowo często ulegam wpływom okładki. Szczególnie gdy mam przed sobą nazwy, których nie znam lub którym nie ufam. Sami pewnie przyznacie że cover z dużą zawartością abominacji medycznych, fekaliów, wikingów czy czegokolwiek, za czym nie przepadacie, może momentalnie zdyskwalifikować płytę. Gnosis postawiło na motyw mistyczno-religijny, przez co właśnie dałem się złapać.

Gdyby ktoś nie kojarzył tego zespołu (jak ja wcześniej), śpieszę wytłumaczyć: to amerykańska formacja black/death metalowa, a The Offering of Seven jest ich drugim pełniakiem. Pełniak ten zawiera dziewięć numerów (co zaraz podważymy), trzydzieści cztery minuty i rekomendację Terror From Hell Records, które to wypuściło ich na świat.

Gdyby ktoś puścił mi ten krążek bez wcześniejszego informowania, cóż to jest, szybko uznałbym że to jakaś zapomniana demówa prosto z otchłani greckich dziewięćdziesiątych. A chwilkę później dodałbym, że zapomniana nie bez powodu. Choć Gnosis bardzo celuje w bycie oldschoolowym, to serwuje głównie proste riffy, toporne konstrukcje i okropne brzmienie. Może pod koniec ubiegłego wieku faktycznie by się to przyjęło, nie wiem, z tamtego okresu pamiętam co najwyżej piaskownicę. Śmiem jednak wątpić. Bardzo rzadko zdarzają się fragmenty, które dały mi radochę z słuchania. Jedynym, godnym polecenia numerem jest w zasadzie tylko Golden Wings, upstrzone klimatycznymi klawiszami, nieco zadziorno-przygodowym riffowaniem i całkiem ładną partią basu. Całej reszcie brak pomysłowości. Devils and Spirits brzmi po prostu biednie, a umieszczone od razu po intrze srogo mnie rozczarowało (słowem wyjaśnienia: intro, outro i interludium zatytułowane Transcendence pt. 1 to bardzo ładne, zupełnie niepasujące do reszty, rytualne wstawki. Tak więc z dziewięciu numerów trzy wypadają. Swoją drogą, wielka szkoda że nie ma ich więcej, bo kojarząca mi się nieco z muzyką filmowego Conana plemienność najbardziej przypadła mi do gustu). Evil Spirit, oryginalnie nagrany przez Running Wild, brzmi ospale, jakby muzycy nudzili się graniem. Dark King of the Mount płynie sobie niezauważalnie, podobnie The Great Storm. Po kilku odsłuchach nie mam o tej płycie nic ciekawego do powiedzenia, bo i sama niewiele oferuje.

Swój gwóźdź do trumny dobija także brzmienie. Ja rozumiem, że oldschool, zło i metal, ale te dźwięki są po prostu mierne. Z jednej strony prymitywne, z drugiej brakuje im brudu. Wyraźnie zaznaczony w miksie bas po pewnym czasie zaczyna irytować, gitara jest po prostu nieprzyjemna, a perkusja dziwnie skórzana.

Miały być Rotting Christ i Varathron, wyszedł niestrawny kapeć. Sugerowałbym pominąć tę pozycję. Jedynie najwięksi maniacy oldschoolu mają szansę znaleźć tu coś dla siebie. Aczkolwiek duża ta szansa nie jest.

Gnosis na Facebooku

Ocena: 4,5/10

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Tagi: , , , , , , , .