Goatblood – “Adoration of Blasphemy and War” (2015)

Dysputy nad tym, czy sztuka bez przesłania jest sztuką pełnowartościową były, są i zapewne nadal będą. Ludzie, z którymi rozmawiam na ten temat (oczywiście pod kątem muzyki) najczęściej nie przywiązują większej wagi do idei idącej za nagrywanymi albumami, również dla mnie przesłanie nie jest najważniejszym kryterium, jeśli o muzykę chodzi. Istnieje całkiem spore grono osób, dla których jest ono bardzo ważne, o ile nie nawet najważniejsze – gdy go nie ma, to dzieło automatycznie traci na wartości. Uważam, że Adoration of Blasphemy and War autorstwa niemieckiego Goatblood pod tym względem spełniłoby ich oczekiwania w stu procentach.  Pod warunkiem, że nie mają nic przeciwko utworom traktującym na przykład o fistingu analnym pewną religijną postacią.

Tak, Goatblood w warstwie lirycznej swojego debiutanckiego albumu idzie naprawdę daleko – oprócz wspomnianego „piąstkowania” religia chrześcijańska jest tu atakowana na różne, najczęściej równie groteskowe sposoby, a szatan prawdopodobnie się rumieni, słuchając wyrażających miłość i oddanie hymnów stworzonych przez swoich wiernych sługusów z kapeli. Ci zaś noszą pseudonimy idealnie korespondujące z treścią Adoration of Blasphemy and War  – Reverend Slayer oraz Satanic Death Vulva. Całą otoczkę dopełnia odpowiednia okładka przedstawiająca ich muzę na należnym jej tronie. Czy ten związek nie zaszedł aby zbyt daleko?

Dość już jednak o idei – w końcu ta się nie obroni, jeśli dźwięki płynące z głośników będą beznadziejne. Tych w przypadku niniejszego albumu nie ma zbyt wiele, gdyż całość trwa około pół godziny, rozłożone na 15 utworów, co daje średnio dwuminutowe uderzenia – i tak też rzeczywiście jest. Początkowo podchodziłem do takiego rozwiązania dosyć sceptycznie, obawiając się piętnastu niewiele różniących się od siebie kawałków. Finalnie okazało się, że mój strach okazał się bezpodstawny. Co więc przygotowali dla nas Niemcy?

Oczywiście jest brutalnie – tego mogliście się zapewne domyślić już z drugiego akapitu niniejszej recenzji. Na tę brutalność najbardziej wpływają dwie kwestie: produkcja i wokal. Produkcja, jak to w podziemnej ekstremie – jest surowa i brudna, jednak na tyle klarowna, aby dało się tego bezproblemowo słuchać. Satanic Death Vulva na wokalu brzmi zaś jak rzygający demon nadający wprost z piekielnych czeluści – czyli dokładnie tak jak powinien brzmieć głos wypluwający z siebie wątpliwej jakości teksty. Dlaczego wybrałem te elementy na główne składowe brutalności Adoration of Blasphemy and War? Otóż oprócz szalonych, mocarnych grzmotnięć na tym krążku znajdziemy zaskakująco dużo… melodii (oczywiście z piekła rodem). Wydawnictwo jest przez to zaskakująco zróżnicowane i nie zanudza słuchacza, a na dodatek zdarzają się momenty, w których noga zaczyna mimowolnie podążać za perkusją. Czasami zespół decyduje się nawet na klimatyczne wstawki – z racji czasu trwania poszczególnych numerów są one jednak skondensowane do absolutnie niezbędnego minimum. Nie brakuje również utworu instrumentalnego – tym jest zamykający krążek króciutki La Chiesa Della Capra.

Debiut Goatblood okazał się bardzo dobrym albumem, który powinien zadowolić każdego miłośnika antyreligijnej, brutalnej jazdy. Trochę szkoda, że zaden z utworów nie liczy sobie przynajmniej trzech minut, gdyż niektóre z nich mają spory potencjał. To jednak jedyne zastrzeżenie, jakie mogę mieć – Adoration of Blasphemy and War przewyższyło moje oczekiwania. Szatan pewnie pęka z dumy.

 

Ocena: 8/10

Goatblood na Facebooku

 

Łukasz W.

Łukasz W.

Powinno być ciężko.
Ale w sumie to nie musi.
Łukasz W.

Tagi: , , , , , , , .