GosT – “Non Paradisi” (2016)

Żyjemy w zabawnych czasach. Ex-metalowcy nagrywają płyty w estetyce elektro z lat osiemdziesiątych a sale klubowe, w których występują, zapełniają ludzie, którzy prędzej chodzą na Slayera, niż Justice. Słuchając kolejnych wydawnictw Perturbatora czy GosTa nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jest tu jednak coś więcej, niż tylko jazda na sentymentach ludzi za uroczo kiczowatymi latami, kiedy królowały Łowca Androidów i horrory Carpentera.

No dobra, pojechałem cała litanią odniesień i porównań, ale one naprawdę są tu bardzo zasadne – ta muzyka po prostu wyrosła na popkulturze lat osiemdziesiątych. Ukrywający się pod trupią maską GosT to trochę taki Kavinsky, który nagle postanowił naszprycować się kwasem i czcić Szatana. Ponadto, jeśli znacie i lubicie Perturbatora, to możecie łapać Non Paradisi w ciemno.

Mnie ta estetyka kupuje w całości. Z jednej strony jest tu wspomniany już wcześniej kicz oraz cała ta słodycz lat osiemdziesiątych, a z drugiej przywalają nam potężne bity, wysoce niepokojące syntezatory i sample lub wzięte z klawisza chóry, trąby i fanfary. Tak, dobrze widzicie: trąby i fanfary. Bo Non Paradisi jest luźno inspirowane poematem Raj Utracony Miltona. Po prostu czyste szaleństwo.

Rewelacyjnie wypada Unum Infernum, bo to utwór, który doskonale odzwierciedla, o co w tej muzyce chodzi. Pierwsza część to taki łagodny carpenterowski chill (brzmiący niczym intro do jakiegoś kultowego serialu), a w drugiej dance’owo przyspiesza. Fenomenalnie wbija w ziemie Maleficarum – chory, kwasowy, elektroniczny czad. Przy otwierającym, transowym Commencement nie sposób powstrzymać się od wybijania rytmu i machania łbem, natomiast zamykający płytę I Am Abaddon to po prostu czysta epickość i test basów w naszych głośnikach.

Co więcej, Non Paradisi to dość równa płyta, łagodne akcenty wypadają tu też nad wyraz zgrabnie. Wzniosły Arise z kobiecym wokalem czy Lake of Fire, który mógłby śmiało przygrywać podczas jakiejś walki z bossem w oldskulowym shooterze, to bardzo dobre i klimatyczne kawałki. Właściwie jedyne, co mi nie podeszło, to Supreme z wokalem Hayley Stewart. O ile w kompozycjach Perturbatora odnajduje się ona idealnie i granica popowej przaśności nie jest tam przekraczana (chociażby rewelacyjny Sentient z ostatniej płyty), o tyle w tym utworze jest stanowczo za słodko. Nawet jak na taką konwencję.

Poza tym mieszane uczucia może jeszcze budzić „recykling” utworu 4th, który oryginalnie pojawił się na innym wydawnictwie GosTa, mianowicie na Skull. Ot, tyle że brzmienie jest nieco lepsze. No i największy zarzut – GosT naprawdę mocno inspiruje się kumplem z wytwórni, czyli wspominanym wcześniej Perturbatorem. Tyle tylko, że efektem tej inspiracji jest bezapelacyjnie najlepsza jak do tej pory płyta tego wiecznie wyszczerzonego artysty. Świetny materiał.

Ocena: 8,5/10

Tagi: , , , , , , , , , .