Graveyard – Back To the Mausoleum (2018)

Jako że długo nie miałem okazji recenzować żadnej podziemnej załogi, postanowiłem zabrać się za materiał jednego z bardziej old schoolowych zespołów ostatnich lat. Zespół ten w wieloletniej działalności nagrał trzy długograje i posiada w swojej dyskografii mnóstwo splitów i parę Ep. Wnioskując po rodzaju wydawnictw, kapela robi wszystko, by zdobyć status kultowego prawdziwka, a muzycznie to też nie przelewki. Mowa o hiszpańskiej hordzie Graveyard, która 25 kwietnia tego roku wypuściła za pomocą War Anthem Records Epkę, zatytułowaną Back To the Mausoleum.

Główna rzecz, która mnie zastanawia to fakt istnienia równolegle dwóch zespołów o tej samej nazwie. Oba zespoły nagrywają, grają koncerty, a szwedzki, stonerowy Graveyard – nie da się ukryć – jest już dużym zawodnikiem. Każda z kapel trochę czasu istnieje i zapewne nie ma zamiaru zmieniać nazwy, ale może to być dla słuchaczy lekko mylące. Mogę się założyć, że niejedna osoba wejdzie na tę stronę myśląc, iż ma do czynienia ze Szwedami, a tu niespodzianka – zamiast w miarę komercyjnego stonera, bardzo niekomercyjny death metal.

Hiszpański Graveyard bez dwóch zdań wpisuje się w underground. Od okładki, przez muzykę po sposób jej wydawania podąża wbrew standardowym szlakom. I cóż, niby fajnie, ale być fanem takiego zespołu niewątpliwie nie jest łatwo, bo kupowanie co rusz splitów zamiast raz na dwa lata longplaya może być uciążliwe. Choć nie wątpię, że znajdzie się trochę maniaków, którym to odpowiada i zapewne do takich ludzi zespół głównie kieruje swe grobowe pieśni.

Back To the Mausoleum rozpoczyna staroświeckie intro Scorched Earth, nasuwające skojarzenia z początkiem kultowej płyty zespołu Messiah Rotten Perish. Intro gładko przechodzi w As the Shadows Came, w którym wykorzystano na wstępie bardzo fajny, równie staromodny klawisz. Sam utwór, jak i większość Epki, utrzymany jest w średnich tempach. Czasami zespół zrywa się do galopad, ale bardzo rzadko. Większa część płyty to zwolnione, posępne rytmy, które w połączeniu ze zdołowanym brzmieniem może przypominać Autopsy. Słuchając tej Epki, nie mogę też wyzbyć się porównania do wczesnego My Dying Bride, głównie przez brzmienie i sposób zmiksowania wokalu. Muzycznie też znalazłbym wspólny mianownik. Z tym że zaznaczyć muszę, iż mowa o My Dyind Bride z czasów Symphonarie Infernus et Spera Empyrium. Odczuwam równie „stary”i „zły” vibe.

Przyznać też niestety muszę, że pomimo jakże szlachetnych założeń zespołu i składowych, które powinny mnie na samym starcie kupić, to jednak Epki słucha się średnio. Brakuje mi tu bardziej wyraźnych motywów, którymi cechował się death metal lat 90. Płyta po włączeniu „przelatuje” jakby niezauważenie, nie zostawiając za wiele po sobie w głowie. Może czas zrobić małą przerwę wydawniczą? Zebrać więcej pomysłów i zrobić kolejny morderczy longplay? Możliwe, że to tylko moje odczucia, ale coś na tej płycie nie zagrało, a wiem, że Graveyard ma potencjał.

Ocena : 7/10

Graveyard na Facebook’u.

Tagi: , , , , , , .