Hamferð – Támsins Likam (2018)

Hamferð“ w języku farerskim oznacza objawienie się zmarłych żeglarzy na morzu. I muszę przyznać, że sam zespół również był takim objawieniem na Wacken Metal Battle, gdy w 2012 wygrał ten prestiżowy konkurs. Dzięki temu Wyspy Owcze zyskały kolejnego, świetnego międzynarodowego reprezentanta w muzycznym światku, poza Týrem i Eivør. I w tej niewielkiej drużynie są coraz mocniejszym zawodnikiem z dwoma pełnymi albumami na koncie.

Drugie dzieło Farerów jest zdecydowanie dojrzalsze od ich pierwszego „dziecka”, Evst. Podpisanie kontraktu z większą wytwórnią (Metal Blade Records) pozwoliło zespołowi rozwinąć skrzydła oraz– nie ma co ukrywać – znaleźć swój unikatowy „sound”, tak bardzo do niego pasujący. Pięć lat przerwy między krążkami też na pewno miało niebagatelny wpływ, i chociaż słychać podobieństwa, to jednak Támsins Likam jest dużo mroczniejszą i niespokojną podróżą przez morze dźwięków, które tym razem proponują.

Album jest doskonale wyważony między spokojnymi i smutnymi partiami a tymi agresywnymi, wręcz organicznymi, gdy wokalista Jón Aldará growluje niskim głosem i grzmi niczym sztorm. Takie zestawienie otrzymujemy już w pierwszym utworze otwierającym album, Fylgisflog. Album płynie w podobnej konwencji przez cały czas, najpierw spokojne niczym flauta,  a potem mieszając niskie gitary z dzikim sztormem. W kolejnym utworze, Stygd, zagłębiamy się bardziej, otrzymując nawet chóry, które do złudzenia przywodzą na myśl pogrzeb, a Aldará, który wznosi się na wyżyny swoich umiejętności i śpiewa niczym operowy solista, jest jak mistrz całej funeralnej ceremonii.

Támsins Likam było promowane utworem Frosthvarv, co było dobrym wyborem, ponieważ to chyba najmocniejszy element tej płyty (chociaż tak naprawdę ciężko znaleźć tu słabe strony!), mimo że jest to niepozorna ballada, zaczynająca się bardzo niewinnie szepczącym i lekko zawodzącym głosem Aldará, któremu tylko delikatnie przygrywa perkusja.Teledysk, który wypromowano do tego utworu, oddaje jego siłę rażenia jeszcze lepiej.

Drugim utworem promującym płytę było Hon Syndrast, z kolei najcięższy kawałek ze wszystkich sześciu, z growlem przeważającym nad czystym wokalem i niskimi brzmieniami (których jednak i tak nie brakuje). Doomową operę kończy natomiast Vápn í Anda, jedenastominutowa elegia o przemijaniu, która jest najwolniejszą, ale i najnudniejszą częścią płyty. Aldará wręcz tutaj krzyczy, zachrypnięty, jego głos przenika do szpiku kości, ale słychać, że czterdziestiotrzyminutowa ceremonia pogrzebowa dobiega już końca i Hamferð decydują się opuścić ją na spokojnie, bez szału, pozostawiając tylko samotnie i niepokojąco wybrzmiewającą gitarę.

Choć tak krótka i pozostawiająca w niedosycie, Támsins Likam to cholernie dobra i jednocześnie cholernie przygnębiająca płyta. Jest jak podróż przez morze na beznadziejnej, kołyszącej się łajbie i można powiedzieć, że… nie pozostawia na słuchaczu suchej nitki.

Ocena: 9/10

Tagi: , , , , , , .