Hate Eternal – “Upon Desolate Sands” (2018)

No i doczekałem się! Po trzech latach przerwy nowa płyta Hate Eternal ma dziś premierę. Następca Infernus nosi tytuł Upon Desolate Sands i jest to godny zawodnik, by sięgnąć kolejny raz po koronę death metalu. Wydawcą albumu jest Season of Mist.

Erik Rutan wielokrotnie udowadniał, że potrafi wznieść poziom agresji i furii w swojej muzyce na kolejne – wydawałoby się – nieosiągalne poziomy. Jego nowoczesne podejście do tej muzyki również nie pozwala zjadać własnego ogona, i pomimo że nie ma mowy o rewolucji, nie można też wytknąć mu stagnacji. Pojawienie się Hate Eternal na scenie z debiutem Conquering The Throne w 1999 roku wpuściło sporo powietrza w bardzo wówczas skostniały gatunek i po dziś dzień zespół należy do tych, które nie stoją w miejscu.

Upon Desolate Sands w pierwszym kontakcie poraża siłą. Rutan ma specyficzne podejście do produkcji, zdarzyło mu się nie raz przedobrzyć z soczystością i mocą, przez co płyty stawały się nieprzekonujące. Nowy krążek to idealny balans pomiędzy agresją a klarownością. Mam wrażenie nawet, że to brzmieniowy opus magnum gatunku zwanego ekstremalnym death metalem. Okiełznanie takiej furii i chaosu przy utrzymaniu czystości dźwięku musiało przysporzyć twórcy wiele problemów, ale udało się! Upon… to najlepiej brzmiący krążek, który wyszedł spod rąk Rutana i jego Mana Recording Studio. Instrumenty są masywne, ale wyraziste, a całość podbija bardzo witalny mastering, za który odpowiedzialny jest Alan Douches z West West Side Music.

Muzycznie nowy Hate Eternal jest jak… Hate Eternal. Tylko lepszy, doskonalszy, pełniejszy. Rutan wpuścił trochę powietrza nie tylko do mixu, ale też do muzyki. Oferuje już nie tylko mordercze blasty, ale też sporo wolniejszych partii (Nothigness of Being) i kilka bardzo melodyjnych partii solowych (Vengeance Striketh). Mam wrażenie, że do tej pory tego mi właśnie brakowało w HE – kontrastu. Gdy usłyszałem po raz pierwszy King of All Kings (który notabene po dziś dzień uważałem za najlepszy album), opętała mnie moc tego krążka. Byłem pod wielkim wrażeniem, że można tak przez czterdzieści minut bezwzględnie masakrować. Przy kolejnych albumach pojawiało się czasem uczucie przesytu. Oczywiście nadal je wszystkie lubię, ale gdyby czasem odpuścić, to mogłyby być jeszcze lepsze. Przy nowym krążku dostałem w końcu taki urozmaicony materiał. Jest to nadal ekstremalnie brutalna sztuka, ale zbudowana na różnych środkach.

Na Upon Desolate Sands przede wszystkim mamy do czynienia ze świetnymi riffami. Są ich chyba setki i większość z nich jest bardzo charakterystyczna, a nawet na swój sposób przebojowa. Dobrym przykładem tej tezy jest otwierający płytę The Violent Fury.
Drugim elementem, na który należy zwrócić uwagę jest aranż. Kawałki są w przemyślany sposób zbudowane, bogate w różnego rodzaju przejścia, pauzy i tym podobne. Słychać, że album jest intencjonalny. Nie znajduję tu niczego, co by mogło uchodzić za przypadek.
Trzecim, równie ważnym elementem jest bębnienie Hannesa Grossmanna. Jego partie, mimo że gęste i karkołomne, mają sens, a samo brzmienie perkusji jest bardzo masywne.

Ciekawostką na tej płycie jest pojawienie się gościa w postaci Polki. Panią tą jest Małgorzata „Maggie” Gwóźdź z zespołu Saratan, która użyczyła swojego głosu w utworze tytułowym, dodając do kompozycji swego rodzaju niepokoju.

Bez dwóch zdań Hate Eternal znowu pokazali, kto jest królem wszystkich króli, imperatorem death metalu. Erik Rutan i spółka włożyli ogrom pracy w swoje nowe dzieło – i to słychać. Czas pokaże, czy Upon Desolate Sands przebije w moich rankingach King of Al Kings, jest spore prawdopodobieństwo, że tak się stanie.

Ocena : 9.5/10

Hate Eternal na Facebook’u.

Tagi: , , , , , , .