Hateflames – “Tomorrow Erased” (2019)

Gdy do recenzji przychodzi płyta debiutantów, wypada nieco przymknąć oko na pewne mankamenty, dać jeszcze taryfę ulgową, nie przyczepiać się tak bardzo. Ale w przypadku Hateflames mamy do czynienia z profesorami, którzy mimo krótkiego stażu mogą zawstydzić zespoły dużo bardziej doświadczone. I rzeczywiście trzeba mocno ucho natężać, by się do czegoś przyczepić. O przypadku nie może być mowy – Tommorow Erased to kolejna płyta z Hellady, która potwierdza siłę bardzo różnorodnej greckiej sceny.

Tym razem mamy do czynienia z klasycznym heavy metalem, z drobnymi ukłonami w kierunku szybszych, mocniejszych thrashowych rozwiązań i o progresywnej strukturze kompozycji (najdłuższa trwa ponad 10 minut). O sile zespołu stanowią rozbudowane wątki muzyczne, podawane z rozmachem, z pomysłem, stopniujące napięcie, doskonale skonstruowane – od nastrojowych wstępów po mocne rozwinięcia, od akustycznych gitar po solidne riffy. Zwykle sporo się tu dzieje, a w dodatku ciekawie.

W podobny sposób, choć czasem nieco innymi środkami, Metallica budowała siłę kompozycji na swych klasycznych płytach, choć słyszę tu choćby dźwięki bliskie najlepszym dokonaniom Black Sabbath z czasów Tony’ego Martina. Różnorodność nastrojów jest ogromnym atutem tej muzyki – zdaje się słuchaczowi, że ma do czynienia z balladą, by potem mocny riff poniósł go w kierunku heavy metalowych uniesień (Stranger In the Dark, Children of the Crucifix). Albo dostajemy bardzo konkretną młóckę, która przeradza się w epicki motyw w refrenie i akustyczny finał, jak w Warbringer of Neon God. Każdy z zawartych na Tomorrow Erased utworów jest zresztą wielowątkowy, a teksty głównie kłopoczące się kondycją naszego gatunku, dobrze uzupełniają się z warstwą muzyczną. Owszem, Hateflames nawiązuje do dobrych wzorców z przeszłości, ale jednak można to robić dobrze – jak w tym przypadku – albo miałko i wtórnie.

Do tego umiejętności muzyków stoją na naprawdę wysokim poziomie, co pozwala Grekom bawić się dźwiękami. Jednocześnie zespół nie udowadnia na siłę, że potrafi grać, nie stosuje tanich sztuczek, czasem w subtelny sposób zaznacza swoją obecność, przykuwa uwagę i czaruje bez popisów. Nie chciałbym jakoś wyróżniać kogoś w szczególny sposób, bo wszyscy muzycy wykazują się wrażliwością i techniczną biegłością, a bardzo czytelna, przestrzenna produkcja pozwala na solidny metalowy oddech. Niemniej laury kładę przede wszystkim na głowę Evangelosa Papaiakosa, który potrafi śpiewać spokojnie, z romantyczną nutą, by potem pokazać zadziorność i wpaść w zawodowy falset i vibratto (jak cudownie wychodzi na tle rwanego, mocnego riffu w Strike of the Beast). Ogromne wrażenie robią na mnie też pomysły gitarzystów, bardzo “hammetowskie” w swej proweniencji – Mike Dervos (główny twórca repertuaru grupy) i Panos Paraskevas potrafią grać melodyjnie, popisać się super szybką solówką, ale wypuścić spod palców tylko kilka dźwięków, subtelnych, doskonale jednak dobranych.

Fani heavy metalu muszą Tomorrow Erased sprawdzić koniecznie. Choć dla mnie tego typu muzyka nie jest może pierwszym wyborem, ale nie mogę nie docenić kunsztu Greków, który z każdym kolejnym przesłuchaniem odsłania więcej niuansów. Naprawdę niewiele brakuje, by postawić ich twórczość na jednej półce obok dokonań mistrzów epickiego heavy metalu. Może nie ma tu aż tak wiele rozdzierających serce melodii i riffów wbijających się w pamięć na dziesięciolecia, ale jest sporo znakomitej kompozytorskiej i wykonawczej roboty. Od ciszy do wrzasku – czasem brak współczesnemu heavy metalowi takiej rozpiętości.

Ocena: 8,5/10

Oficjalna strona zespołu na Facebooku

Paweł Lach

Od dłuższego czasu pisuje o muzyce (i nie tylko) dla różnych portali. Nie słucha latynoskiego folkloru, a poza tym jest w stanie popróbować wszystkiego.

http://lach.kf-oswiecim.net/
Paweł Lach

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .