Heaven Shall Burn – “Wanderer” (2016)

Heaven Shall Burn wydaje płyty na zmianę. Raz stworzą krążek świetny, raz popelinę niegodną ich nazwy. A skoro ostatni Veto był płytą miażdżącą, a najprawdopodobniej także najlepszą w dorobku niemieckich metalcore’owców, to wedle praw natury Wanderera należałoby ominąć. Niestety, niebaczny na sygnały ostrzegawcze w formie chociażby całkowicie nie-HSBowej okładki, dałem się ponieść ciekawości. I trochę tego żałuję.

Recenzowany tu materiał został wydany przez Century Media Records w okolicach września tego roku. Zawiera jedenaście kawałków premierowych, plus dwa covery, trwających łącznie niemal godzinę. Jeżeli chodzi o stylistykę muzyczną to ósmy pełnograj niemaszków rewolucji nie przynosi: ciągle jest to metalcore, choć niespecjalnie w stylu Heaven Shall Burn.

I to właśnie uznałbym za największą wadę płyty. Posłuchajcie dowolnego kawałka z Veto albo Whatever It May Take a zostaniecie zalani falą wściekłości. Wanderer jest natomiast pod tym względem srodze upośledzony. Nie ma tu charakterystycznej dla grupy agresji, nawet genialny wokal sprawdza się tu co najwyżej średnio. Mam wrażenie, że ta płyta powstała całkowicie na siłę i bez powodu. Nie ma tu emocji, nie ma fajnych pomysłów, a każdy wie jak brzmi niepomysłowy metalcore/melodeath: nudno jak przemówienie matematyczki podczas apelu szkolnego. Poczynając od robiącego za intro The Loss of Fury, poprzez pozbawione mocy i idei Bring The War Home, przewidywalne They Shall Not Pass, przeciętne Save Me, aż do cukierkowego A River Of Crimson nie odpędzisz się od wtórnej nudy. Kawałki są powtarzalne, schematyczne, a jak czasami zdarzy się jakiś fajniejszy fragment (jak na przykład breakdown w Extermination Order) to i tak jest to przyćmiewane przez ogólną średniość. Najlepszymi kawałkami jest Downshifter, w końcu zawierający jakieś tam pokłady Heavenowej agresji, oraz kolejny Prey to God, wyjątkowo deathmetalowy i z gościnnym udziałem Corpsegrindera na wokalu. Smaczek to miły, jednak nie powiedziałbym, że niezbędny albo specjalnie dobry. Do tego dostajemy covery Sodomowego Agent Orange (całkiem przyzwoicie wyszło) oraz The Cry Of Mankind z repertuaru My Dying Bride z wyjątkowo ładnymi dodatkowymi wokalami Tryggvasona znanego z Solstafir. Powiedziałbym, że ten ostatni uznałem za płytowego zapychacza…. ale tutaj prawie każdy numer tak brzmi. Poza Downshifterem dostajesz kupę zapychaczy, nudnych, wtórnych i dalekich od bycia dobrymi. Cholera, one są na tyle nieciekawe że nawet gdybym pozamieniał ich tytuły w opisach to różnicy nikt by nie znalazł.

Produkcyjnie jest całkiem średnio. Irytowało mnie na początku brzmienie basu rodem z dalekich ostępów Krain Gruzojadów, momentami perkusja brzmi zbyt sztucznie, ale poza tym większych wad nie ma, choć oczywiście mogło być lepiej. Srogo zawiodłem się na wokalu Marcusa, który na Wandererze wyraźnie niedomaga. Możliwe że to z powodu prób nowych podejść (momentami brzmi jakby chciał krzyczeć blackmetalowo), ale jeżeli to prawda to niech najpierw się tego nauczy. Layoutu nie widziałem, ale wnioskując po okładce mogłoby to być bolesne doznanie.

Nie liczyłem jakoś specjalnie na tą płytę, niemniej jej odsłuch i tak daleki był od przyjemnego. Jeżeli jest jakaś zaleta tej sytuacji to chyba taka, że okres słabej płyty Heaven Shall Burn znów ma za sobą i kolejny krążek powinien znów kopać w szczękę. Do tego czasu posłuchaj sobie Deaf For Our Prayers.

Ocena: 5/10

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , .