Heilung – “Futha” (2019)

Pojęcie eksperymentalnego folku czy muzyki przodków, powracającej do korzeni i ludowości jest nam generalnie znane, szczególnie za sprawą Einara Selvika i jego Wardruny. Niepodważalnym faktem jest ogromny wpływ, jaki muzyka tej grupy ma na kształtowanie się nowej sceny folkowej, której przedstawiciele coraz odważniej odwołują się do zapomnianych antycznych rytuałów, wierzeń i legend. Jedną z dwóch formacji, które obecnie obserwuje z największym zainteresowaniem to (obok syberyjskiego Nytt Land) niemiecko-duńsko-norweski projekt Heilung.

Zespół jest stosunkowo młody, gdyż powstał w 2014 roku, rok później ukazała się ich pierwsza płyta (wydana własnym sumptem), ale dopiero rok 2017 był szczególnym w historii, którą tak niedawno zaczęli pisać. Wtedy grupa po raz pierwszy pokazała swoją muzykę na żywo, została zauważona przez szeroką publiczność i podpisała kontrakt z Season of Mist. Wydana w tym samym roku płyta Lifa to cudowna podróż w przeszłość, która pokazuje nieznane oblicze klasycznych wczesnośredniowiecznych motywów z germańsko-nordyckiego pogranicza kulturowego. Oprócz hipnotyzujących dźwięków, do których powstania przyczyniają się odtworzone instrumenty z epoki przedchrześcijańskiej, wyjątkowym wyróżnikiem Heilung są ich koncerty, osnute aurą tajemniczości i magii.

Nie inaczej jest w przypadku trzeciego krążka formacji. Futha znów działa niczym wehikuł czasu, przenosząc słuchacza w dzikie i zimne lasy Celtów i Wikingów. Gęsta atmosfera kompozycji zawartych na albumie oplata niczym mgła. Mroczną stronę albumu przerywają bajeczne wokale i szerokie instrumentarium, dzięki któremu grupa Heilung stworzyła swój niepowtarzalny styl i brzmienie. O ile na Lifa było więcej melodii, tak na Futha spotykamy się z bardziej pierwotnym, surowym brzmieniem kompozycji. Po raz kolejny na pochwałę zasługuje połączenie wokali założycielskiej trójki. Maria Franz czaruje słuchacza eterycznym, lekkim i hipnotyzującym głosem, w opozycji do którego swój gardłowy śpiew stawia Kai Uwe Faust, inspirując się stylem tybetańskim, choć nie w takim stopniu, jak robi to na przykład Phurpa. Zza wiodących wokaliz wysuwają się szepty i narracje Christophera Juula. Na kontrastach i dwoistości zbudowane jest dziewięć kompozycji na Futha. Otwierający krążek Galgaldr rozpoczyna się od narracji, zaś instrumentarium w pierwszej części ograniczone jest do minimum. Z czasem dźwięków jest coraz więcej, oprócz ambientu pojawiają się trąby i bębny, rytm przyspiesza, przyspieszają mantryczne wokale, dochodzą instrumenty strunowe, pojawia się zaśpiew, a całość kończy powrót do narracji. Kompozycja ta idealnie podsumowuje atmosferę całego albumu, na którym bardzo ciekawie zderzają się ze sobą sprzeczności. Powrotu do nieco mocniejszego, ale też bardziej hipnotyzującego stylu, do jakiego przyzwyczaiło nas międzynarodowe trio, należy szukać w utworach Norupo i Traust. Znajdziemy też zupełnie inną formę przekazu, z bardzo ciekawymi wokalizami i dziwnym wręcz brzmieniem – kompozycja Elddansurin zaskakuje, acz z pewnością pozytywnie. Są tu również nietypowe i nudnawe kompozycje oparte o same słowo mówione i motywy ambientowe – w Vapnatak i Elivagar próżno szukać pulsujących bębnów i wiodących smyczków czy trąbek. Z kolei numery Othan, jak i Svanrand charakteryzują się swoim bojowym brzmieniem, przypominają wezwanie do walki. Osobny rozdział stanowi najdłuższa kompozycja, czternastominutowy Hamrer Hippyer, zamykający ten rozdział twórczości Heilung. Kompozycja znana każdemu, kto doświadczył muzyki tria na żywo, gdyż motywy przewodnie pojawiają się podczas koncertów grupy. Wersja studyjna jest równie egzotyczna, choć pozbawiona tej boskiej cząstki, którą Heilung potrafi odkryć przed słuchaczami podczas swoich sztuk. Niemniej jednak pulsująca rytmika tego i paru innych utworów sięga do głębi duszy. Tak też dzieje się podczas koncertów grup neofolkowych, poruszających się w klimatach muzyki wikińskiej – proste, choć głębokie dźwięki, symbioza bębnów i instrumentów wiodących budzi w człowieku jego pierwotną, dziką naturę. Futha chociaż częściowo przenosi tę kreację niezwykłości do naszych domów.

Do tego krążka musiałem dojrzeć, przesłuchać go kilka razy w różnych warunkach, o innych porach dnia, z innym samopoczuciem i nastawieniem. Nie od razu przekonałem się do paru dziwnych elementów, które pojawiają się tu i ówdzie. Jestem przekonany, że nowy album Heilung może się miejscami nie podobać sceptykom wprowadzania narracji, która dopełnia złożone instrumentarium i wspomaga enigmatyczność kompozycji. Niemniej jednak znajdziemy tu kilka wybitnych momentów, które z pewnością jeszcze lepiej zabrzmią w wersjach koncertowych. Przecież to jest tak naprawdę wizytówka Heilung.

Ocena: 7,5/10

Vladymir

Now I am become Death, the destroyer of worlds.
Vladymir

Latest posts by Vladymir (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , .