Heirs of the Void – “The Rites of Lucifer” (2019)

Niemcy z Heirs of the Void swój drugi studyjny krążek postanowili zatytułować The Rites of Lucifer. Po sprawdzeniu nowego materiału doszedłem do wniosku, że udział w takowych rytuałach musi być niezwykle męczącym przedsięwzięciem – gdyby nie wewnętrzne poczucie obowiązku, płyta naszych zachodnich sąsiadów rozpoczęłaby swój dożywotni rozbrat z moim odtwarzaczem gdzieś w okolicach czwartego utworu.

To wcale nie tak szybko, jak może się wydawać – pierwsze trzy numery z The Rites of Lucifer to blisko czterdzieści minut grania! Nie nastawiajcie się jednak na znakomite, skomplikowane kawałki, gdyż Heirs of the Void w takie rzeczy się nie bawią. Przygotujcie się na trzynaście minut katowania jednego, nieszczególnie wyjątkowego riffu, któremu towarzyszy mocno dyskusyjny wokal Christiana Heddena – i tak dwa razy. Dwa, ponieważ trzeci w kolejce Dead and Gone jest o trzy minuty krótszy od swoich poprzedników, i choć to dopiero w nim zespół postanawia wprowadzić odrobinę urozmaicenia swojej oferty, to niestety sposób, w jaki to czynią, nie chwyta ani za serce, ani za nic innego. No, w końcu to doom metal, tu nie gra się szybko.  Odrobinę lepiej prezentuje się kawałek numer cztery, aż piętnastominutowy Fade Into Oblivion. Szkoda jedynie, że przebyte do czasu jego rozpoczęcia męczarnie uniemożliwiają docenienie faktu urozmaicenia tego kolosa przez zespół – tutaj ogrywanych motywów jest już więcej niż jeden, choć i tak o całym utworze nie można powiedzieć nic więcej ponad to, że po prostu „może być”. Pewnego rodzaju ciekawostką jest blackowy skrzek, którym wokalista zespołu posługuje się we fragmentach Witch of the Woods oraz w trakcie właśnie najdłuższego na płycie Fade Into Oblivion Hedden w takim wydaniu wypada o wiele lepiej niż „na czysto”, być może na następnym albumie zespół powinien pójść w takim kierunku?

O dziwo Niemcy potrafią też zaprezentować się od dobrej strony, wystarczy, że nie przeciągają utworów w nieskończoność i nie stawiają sobie za zadanie uśpienia słuchacza, czytajcie: w krótszym o ponad połowę od poprzednich numerów Devil’s Child. Tak, tutaj też jest jazda na jednym motywie, jednak zmniejszenie metrażu sprawiło, że nie zdążył on się znudzić przed końcem utworu. Lepiej wypadają tu również wokale, melodia wydaje się żywsza niż dotychczas – mogliby tak grać cały czas. Zamiast tego czeka nas jednak jeszcze jedynie krótkie, akustyczne zakończenie krążka, o którym nie da się za dużo powiedzieć, gdyż jest po prostu nijakie, nie ma czego rozbierać na czynniki pierwsze.

W ten sposób The Rites of Lucifer dobiega końca, podobnie jak nasze wspólne losy. Do doom metalu w wydaniu Heirs of the Void wracać nie zamierzam, gdyż moim zdaniem nie ma za bardzo do czego – miłośnicy gatunku znajdą od groma kapel, które z tym gatunkiem radzą sobie lepiej. Chyba, że ktoś cierpi na bezsenność – wtedy drugi album Niemców może okazać się doskonałym środkiem nasennym wielokrotnego użytku.

 

Ocena: 4/10

Heirs of the Void na Facebooku

 

Łukasz W.

Powinno być ciężko.
Ale w sumie to nie musi.
Łukasz W.

Latest posts by Łukasz W. (see all)

Tagi: , , , , , .