Helheim – “Rignir” (2019)

Jeśli ktoś z Was miał kiedyś okazję znaleźć się w norweskim Bergen dłużej niż kilka dni, ten wie, jaka tam panuje pogoda. Chłód i deszcz na zmianę ze śnieżycami i gradem. Permanentna jesień zatopiona we wszelkiej maści opadach. Jeśli nie pada, to promienie słońca mają duży problem, aby przedrzeć się przez gęste mgły. Ciarki same przechodzą, ale jest w tym coś, co sprawia, że przestaje przeszkadzać, a człowiek niejako mimowolnie to akceptuje. Staje się pięknem w swej parszywości.

Rignir, czyli deszcz. Zjawisko przewodnie zarówno w samym mieście, jak i na dziesiątej płycie Helheim. Norwegowie poświęcili album całemu przekrojowi pogody, zarówno w sensie dosłownym, jak i w każdym innym. Już po pierwszych dźwiękach otwierającego płytę utworu tytułowego, odruchowo sięgamy po cokolwiek, czym można przykryć odtwarzacz, aby nie zmókł. Zaczyna się mżawką w chłodny, pochmurny poranek, która niewiadomo kiedy zamienia się w duży, jednostajny, piękny deszcz. Tu wszystko słychać przez pryzmat wody. Zarówno delikatne dźwięki gitar, jak i mocniejsze, riffowe akcenty są po prostu mokre. Czyste wokale, prowadzone po prostej linii melodycznej i jednostajne, średnie tempo, tylko wzmagają wrażenia. Wraz z deszczem spada temperatura, robi się chłodno. Może to jeszcze nie przenikliwe zimno, ale ciepłe ubrania są już wskazane. Kaldr ma w sobie sporo black metalowego chłodu, który wnika w ciało posępnym, wikingowym motywem i otacza progresywnym, nawet nieco noise’owym akcentem w środku utworu. Deszcz na chwilę ustaje, przez moment robi się nawet troszeczkę cieplej, ale to cisza przed gradem. Hagl nie atakuje z siłą tradycyjnego, norweskiego blacku, raczej stopniowo otacza delikatnymi motywami, by uderzyć mocą zimnych grudek lodu.

Grad również z czasem ustanie, nieśmiało błyśnie słoneczko, ale na bardzo krótko, by nie zapomnieć, że norweska pogoda to także mgła oraz śnieżna zawierucha niosąca ze sobą przenikające do szpiku kości zimno. I wszystko to słychać w ciągu pięćdziesięciu pięciu minut.

Helheim już w żadnej mierze nie kojarzy się z black metalową hordą. Elementy typowego viking metalu nawiązujące do Enslaved czy Hades ciągle stanowią trzon muzyki, ale zespół jedną nogą wychodzi z tego świata, i stawia ją w rocku progresywnym. Trudno zliczyć wszystkie smaczki – i tych w postaci nietypowych, sekcyjnych zagrywek, nieoczywistych, wymykających się ogólnemu klimatowi solówek i różnych, poukrywanych motywów. Charakter płyty jest wręcz do bólu skandynawski, mimo że Rignir jest chyba najbardziej melodyjną odsłoną Helheim, i brzmi jak połączenie najklasyczniejszego Bathory z nowszym obliczem Marillion. Być może zwariowałem, stawiając dwa tak różne zespoły obok siebie, ale Helheim to już ten poziom – nienachlane, niemal delikatne, progresywne, czasami piosenkowe oblicze zimnego black metalu. Mimo, że album ma swój wyraźnie zaznaczony, oczywisty rodowód, to jego barwne oblicze i zdecydowany charakter sprawia, że każdy powinien go posłuchać. Dawno nie słyszałem muzyki tak nieszablonowo ubogaconej w swej zimnej, mokrej jednostajności. Wyjdźcie na deszcz, zmoknijcie. Przekonajcie się, jak potrafi być piękny.

Ocena: 9/10

 

Rafał Chmura

Im większa abstynencja muzyczna, tym bardziej liberalne kryteria jej wyboru
Rafał Chmura

Tagi: , , , , , , , , .