Henry David’s GUN – “Tales from the Whale’s belly” (2018)

Kilka miesięcy temu miałem przyjemność podzielić się z Wami opinią na temat wypuszczonego wtedy singla polskiego projektu muzycznego pod nazwą Henry David’s GUN (recenzja tutaj). Po tej obiecującej zapowiedzi w końcu nadszedł czas na zapoznanie się z ukończonym longplay’em grupy, Tales from the Whale’s belly. Czy pobyt w brzuchu wieloryba oznacza cierpienie spowodowane powolnym trawieniem? A może wcale nie jest tam tak strasznie?

Przyznam, że na co dzień brakuje mi tego typu muzyki. Nie mówię tu o szeroko pojętym folku, gdyż generalnie nietrudno znaleźć artystów poszukujących siebie w tradycyjnych instrumentach ludowych, choć spojrzenie na ten gatunek bardzo mocno zmieniło się w ostatnich latach. Próżno szukać dziś bardów pokroju Tima Buckley’a czy Joan Baez, a i sam mistrz Bob Dylan już nie ten sam, co kiedyś. Dzisiejszy folk jest muzyką nieoczywistą, łączącą w sobie bardzo różne, nawet sprzeczne ze sobą inspiracje, a i tak wśród najbardziej znanych na świecie kolektywów folkowych trudno znaleźć kogoś oryginalnego i niebanalnego. Doczekaliśmy czasów, w których nawet aktorzy chwytają za ukulele i próbują tworzyć swoją własną alternatywną jakość w oparciu o tradycyjne melodie. Trudno jednak znaleźć prawdziwą perłę w tym folkowym tyglu.

Trio Henry David’s GUN jest bardzo blisko stania się właśnie taką perłą. Ich najnowszy album to świeże spojrzenie na tradycję, pozbawione pretensjonalnych rozwiązań, jakże charakterystycznych dla wielu grup, których twórczość zakorzeniona jest w folku, country czy dawnym bluesie. Na Tales from the Whale’s belly spotykają się ze sobą ambitne aranżacje czerpiące właśnie z wymienionych gatunków muzyki ludowej. Jest też miejsce na współczesne rozwiązania, dzięki którym reprezentowanemu przez trio gatunkowi folk można przypisać łatkę indie. W dziesięciu utworach (z których dwa znamy już ze wspomnianego wcześniej singla) muzycy romansują z głębokim brzmieniem kontrabasu, delikatnymi zagrywkami na gitarze elektrycznej, a także banjo czy pianinem. Są też hipnotyzujące cymbały (jakże inspirujące w utworze Taiga), dobra, mocniejsza momentami perkusja (tu warto wspomnieć o jej znaczeniu w Not like Josef K. oraz Parallel), a nawet ekscytująca harmonia (świetny popis w House of cards). Ten krążek ma w sobie coś niezwykle magnetycznego, coś, co przyciąga i za wszelką cenę nie chce puścić. Wspaniała odskocznia od codziennego „katowania się” cięższymi gatunkami muzycznymi.

Wśród dziesięciu pieśni zawartych na Tales from the Whale’s belly każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Nawet jeśli nie jesteście zagorzałymi zwolennikami muzyki folkowej, dajcie szansę Wawrzyńcowi Janowi Dąbrowskiemu i jego grupie, bo za jakiś czas mogą nieźle zatrząść polską sceną muzyczną. W październiku pisałem, że singiel kapeli „nie zapowiadał żadnej rewolucji w podejściu do muzyki folkowej”. Podtrzymuję moją ówczesną opinię, choć jestem bogatszy o kolejne wspaniałe doświadczenie – kilkukrotne przesłuchanie albumu, który wcale nie musi być rewolucyjny, by pokusić się o tytuł jednej z najlepszych płyt roku w kategorii alternatywy. Za wcześnie na taką wyrocznię? Sprawdźcie sami.

Ocena: 9/10

Vladymir

Vladymir

Now I am become Death, the destroyer of worlds.
Vladymir

Tagi: , , , , , , , , , , , , .