Hollywood Burns – “Invaders” (2018)

Zapowiedzi wytwórni Blood Music, że pierwszy długograj od Hollywood Burns będzie potężnym i oryginalnym synthwave’owym ciosem, traktowałem nieco z przymrużeniem oka. Co prawda ten fiński label kiepskich rzeczy przeważnie nie wypuszcza, ale nadal nie spodziewałem się czegoś tak dobrego, tym bardziej że debiutancka epka była mocno nierówna. Tymczasem Invaders okazało się bardzo miłym zaskoczeniem i rzeczywiście wyśmienitym albumem.

Tym razem zamiast zbuntowanych maszyn, szybkich samochodów, jeszcze szybszych lecz równie zbuntowanych kobiet i okazjonalnych satanistycznych akcentów, dostajemy synthwave, gdzie wątkiem przewodnim jest inwazja Obcych. Cóż, tego jeszcze nie było – tym bardziej, że jest to inwazja w stylu retro. Jeśli połączycie klasyki kina w rodzaju oryginalnej Wojny światów z muzyką Carpenter Brut, to wypadkową będzie właśnie Invaders. Pompatyczne orkiestrowe wstawki charakterystyczne dla wczesnego kina sci-fi, przeplatają się co chwila z chwytliwymi syntezatorami i trzeba przyznać, że choć w teorii brzmi to może jak wymysł szaleńca, to w praktyce w tym szaleństwie jest metoda. Po pierwsze, zarówno stare sci-fi jak i synthwave opierają się w sporej mierze na tej uroczej kiczowatości, najlepiej podanej w idealnej dawce, która budzi w człowieku dzieciaka i bawi, jednocześnie nie powodując zbyt dużego zażenowania. Po drugie, ikoniczne już chyba efekty dźwiękowe imitujące odgłosy latających spodków i motywy kojarzone ze stareńkimi soundtrackami, dobrze użyte, doskonale pasują od strony muzycznej i wprowadzają do coraz bardziej zatęchłego gatunku nieco świeżości.

Jednak nie jest tak, że Invaders to album jednego tricku, który ma się bronić jedynie ciekawym zabiegiem połączenia dwóch odmiennych światów muzycznych. Za sukces tej płyty odpowiada prosty fakt, że większość kompozycji to zwyczajnie synthwave najwyższej próby. Owszem, słychać tu mocno wpływ ww. Carpenter Brut, ale to można by powiedzieć o połowie branży. A jednak mało kto robi tak ciekawe kawałki, jak chociażby Scherzo No. 5 in Death Minor czy Carnal Encounters of the Third Kind. Aranże są przebogate, co chwila uwagę przykuwa coś nowego – a to doskonała solówka, a to odjechane sample czy fantazyjne klawisze. Pomimo tego bogactwa Invaders cechuje wręcz hitowa przystępność, a melodie wkręcają się momentalnie. Większość kompozycji to przykład znalezienia doskonałego złotego środka między ciekawą konstrukcją utworu a zabójczą przebojowością. Jakby mało było na płycie eklektyzmu, to pojawia się jeszcze Bazaar of the Damned, gdzie do zsamplowanych latających spodków dochodzi melodyka rodem z Baśni Tysiąca i Jednej Nocy. Myśląc trzeźwo to nie miało szans się udać – a tymczasem wyszło znakomicie. Podobnie jak rewelacyjne Came to Annihilate, gdzie doszła jeszcze szczypta Daft Punk.

Nieco odstają L’Era delle Ceneri i Revenge of the Black Saucers, ale odstawać od materiału, który trzyma tak wysoki poziom, to niewielki wstyd. Nie do końca przekonuje mnie też nieco zbyt rozwlekły Opening Titles. Jednak najbardziej stanowczo boli Survivors – prościutki utwór mający potencjał na hit, ale niestety ktoś ewidentnie nie upilnował gościnnego wokalisty, który zapuścił się w rejony, w które stanowczo nie powinien, tym samym mocno kalecząc całkiem obiecującą kompozycję.

Mam nadzieję, że Invaders nie jest tylko jednorazowym wyskokiem i w przyszłości Obcy znowu nam dokopią, bo ten marsjański blitzkrieg ujawnił ogromny potencjał. Kosmicznie dobry synthwave.

Ocena: 8,5/10

Tagi: , , , , .