Horncrowned „Proelium” (2016)

Cios! Nie ma ostrzeżenia, nie ma czasu na budowanie potrzebnego nastroju, żadnego wstępu. Po prostu, walnięcie w potylice i już jestem w świecie Horncrowned. Proelium uderza ostrym arsenałem, kaleczy zmysły i z marszu rani to co ma przy sobie najbliżej. Pędzi w oszalałym tempie, nie daje szans na złapanie najmniejszego oddechu. Jedyne co jest jasne to to, że mamy do czynienia z hordą tak szybką jak Marduk i ciężką jak stare oblicze Decide. Lecz oni pochodzą z Bogoty, centralnego miasta Kolumbii i nie lubią porównań do kogokolwiek. Ich przekaz jest prosty – nie brać jeńców. Do tego należałoby dodać maszynowe, ostre riffy, tnące blasty i obłąkane skrzeczące jęki, by zrozumieć, że ci goście nakurwiają ekstremalny black metal bez żadnych cukierkowych ekstrawagancji. Ten materiał sprawia, że kopytko samo podskakuje, a łepetynka wali w rytm tych szybkich taktów. Nie silę się więc na górnolotne pytania – czy ta muzyka ma przyszłość? Cztery autorskie kompozycje plus dwa bonusy w postaci hołdów złożonych Unlord i Infernal utrzymane są w duchu lat 90-tych. Ta muzyka przemawia językiem sprecyzowanym: obok desperackiej sieczki narodzonej z black/trashu istnieje mocna, wielowarstwowa struktura negatywnych emocji. Jest skierowana do tych, którzy w metalu szukają czystego, wściekłego łomotu. I buk mi świadkiem, że panowie z Horncrowned dostarczają produkt najwyższej próby. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Proelium jest niczym kolumbijska kokaina – nie do wyplenienia, a jednak najbardziej pożądana.

Ocena: 9/10

Tagi: , , , , , , , , , , .