Hostia – “Hostia” (2018)

“Krótko, ale konkretnie, brzmienie kurwa miszcze świata”: mniej więcej tak Naczelny podsumował Hostię, jednocześnie podsuwając mi ją do sprawdzenia. Do tego odsłuch singla, który mocno skojarzył się z Benighted albo Misery Index, i już wiadomo było, że warto się tym krążkiem zainteresować.

Hostia jest debiutanckim albumem krajowej, a pozostającej incognito ekipy pod tą samą nazwą. Czternaście numerów, dwadzieścia minut, dużo przemocy, słowem: grindcore. Choć nie tylko. Panowie sami się określają jako grindcore metal, i w sumie to chyba najlepsze określenie ich muzy. Za wersję fizyczną podziękujcie Via Nocturnie.

Z tą grindowością Hostii wiąże się urok zespołu. Faktycznie, zajmuje duży procent ich twórczości, niemniej w muzyce dominuje bardzo nieznacznie. Więcej, stylistyka zmienia się tu często-gęsto, skacząc po nurtach jak polityk po opiniach. Brzmi to interesująco i nie pozwala słuchaczom się nudzić, a muzycy mogą trochę poeksperymentować. Gdybym jednak ktoś kazał mi opisać tę sieczkę jednym słowem, wskazałbym na deathgrind. Takich nawiązań znalazłem tu najwięcej, czy to na bujającym Holy Extortion, czy wyposażonym w przenoszącą góry energię Leatherface Kiss, czy też singlowym, przebojowym i otwierającym krążek Corroded Cross. Poza tym gdzieniegdzie trafia się więcej hardcore’u (Home Rough Home), Egodist posiada nawet wątki deathcore’owe (ogólnie ciekawie poprowadzono ten numer), nie obyło się także bez przaśnych świńskości na Killed by Life czy rock’n’rolla w Not Really a Christian Song. Z drugiej strony, Hostia jest trochę za wolna i zbyt mało chaotyczna na szczere nazwanie jej grindcorem. Tu wchodzimy na drugi człon samozdefiowania projektu. Metalowość czuć w podejściu, w uporządkowaniu kawałków, w wyliczonej przemocy umieszczonej zamiast spontanicznej, szaleńczej destrukcji. Nie jest to wada, niemniej osobiście chętnie widziałbym tu więcej sieki na wyższych obrotach. Szybsze tempa i blasty pojawiają się, a jakże, ale dla mnie jest ich za mało.

Przyczepić natomiast nie mogę się do brzmienia płyty. Odpowiednio mięsiste i donośne, ciężkie i groovujące, bardzo ładnie siniaczy mocną perkusją i wysuniętym wokalem. Dobrym i przekonującym, choć (ponownie) bardziej “metalowym” niż grindowym. Podobną rzecz można powiedzieć o stylu grania całej ekipy.

Debiut Hostii to miły kawałek ostrego grania. Ci z was, którzy nie mają zajoba na punkcie katowania świń (a zakładam, że takich osób jest większość) powinni być tym krążkiem naprawdę zadowoleni. Możecie nawet dodać punkcik, czy nawet półtora, do oceny. Dla mnie jazda z Hostią nie była tak ekstremalna, jakbym sobie życzył, niemniej dalej doceniam i kibicuję.

Hostia na Facebooku | Pre-order płyty CD

Ocena: 8/10

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Tagi: , , , , , , , , , .