I Am Revenge – “Violencer” (2018)

Bywają dni, gdy nie ma się ochoty na żadne wykwintne dania, przemyślane fabuły i zapierającą dech w piersiach szczegółowość. Zamiast wysokiej sztuki wystarczy duży kawał ociekającego jeszcze krwią mięcha, prostackie mordobicie i grubo ciosane kontury. Ostatnio mam nastrój na bodźce z dolnych rejestrów na skali kulturowej. Violencer okazał się idealnie do nich pasować.

I Am Revenge ma za uszami już całkiem sporo jak na osiem lat kariery, a opisywany tu album jest ich czwartym pełnograjem, z czego drugim pod szyldem Beatdown Hardwear Records. Kto zna tę wytwórnie wie czego się spodziewać, kto nie zna, po nazwie bardzo łatwo się domyśli że mamy do czynienia z ciężkim jak staż katechety w Kenii hardcorem.

Niemiecka ekipa świadomie unika wszystkiego, co w jakikolwiek sposób może być uznane za techniczne, obce im również melodie, progresje i tym podobne głupoty. Całą parę pakują w ciężar i agresję, co wychodzi im bardzo porządnie. Z jednej strony serwują szybkie, galopujące tempa specjalnie pod karate bądź ucieczkę przed owym, z drugiej nieustannie zasypują słuchacza zwolnieniami, które niczym montypythonowskie 16 ton przerabiają ludzi na włóczkę. Nie znajdziesz tutaj niczego pomysłowego ani oryginalnego. Same kompozycje też są bardzo schematyczne. Im dalej w las tym więcej razy słyszy się w gruncie rzeczy to samo, szybko też zaczynają irytować częste, typowe dla beatdownu konferansjerskie zapowiedzi przed największymi ciosami. Powiedzmy sobie szczerze, płyta nie jest dla wymagających.

Chyba, że wymagasz jak największego mordobicia. Violencer buja niemiłosiernie. Kilka minut i ma się ochotę przearanżować najbliższe pomieszczenie i układ organów wewnętrznych znajdujących się tam osób. Połowa breakdownów łamie kości, druga szarpie za ryj, hardcore’owe przyśpieszenia nie dają wytchnąć, a punkowe elementy wprowadzają przebojowość i ochotę na więcej. Można niby wyszczególniać jakieś numery, ale sensu to nie ma, gdyż wszystkie trzymają równie agresywny poziom i biją mocno a metodycznie.

Ogromna w tym zasługa produkcji. Szczególnie perkusji, która równie dobrze sprawiłaby się niczym bębny wojenne. Szczególnie dźwięk talerzy i miarowy trzask werbla, idealnie współgrające z treścią. Do tego niskie i ciężkie, ale nie za ciężkie gitary i marsz burzyć pałace.

Dawno już nie trafiłem na tak prosty i wtórny album, który daje mi tyle radochy, i którego nie mam ochoty przestać słuchać już w połowie. I Am Revenge nagrało album idealny na chwilę, gdy potrzebujesz się wyżyć, a Lionheart i Crackdown słyszałeś już sto razy. Oj będę do tego wracać.

I Am Revenge na Facebooku

Ocena: 8/10

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , , .