Ice War – “Manifest Destiny” (2018)

Mam ostatnio szczęście do jednoosobowych projektów. O ile w różnych, bardziej diabolicznych szufladkach to żadne novum, tak w klasycznym heavy metalu nie zdarza się zbyt często. Jo Capitalicide, bo o nim mowa, nie zaczynał sam. Ot, był sobie zespół Iron Dogs, a kiedy odszedł z niego perkusista, Kanadyjczyk przekształcił nazwę na Ice War, kontynuuje metalową krucjatę w pojedynkę i właśnie wydaje drugi album w tej odsłonie.

Przyjrzyjcie się okładce płyty. Jacyś Indianie z trupimi maskami na ryjach, góry, błyskawice, logo jak ze starej gry na konsole typu Pegasus. Wieś nie z tej ziemi, ale ta przejaskrawiona stylistyka jest do bólu oczywista. O Manifest Destiny można sporo powiedzieć nawet bez słuchania – ot, stary heavy metal oparty raczej na średnich tempach, mniej lub bardziej surowy, nagrany najpóźniej w 1985 roku. I rzeczywiście, wystarczy kilka pierwszych taktów No Way Of Turning Back, żeby stwierdzić, że to prehistoryczny, amerykański klasyk. Data się nie zgadza, ale absolutnie wszystko na tej płycie hołduje szlachetnemu prymitywizmowi tradycyjnego heavy metalu zza wielkiej wody – brzmienie, riffy, tempa, solówki, produkcja, nawet całkiem dojrzały wokal. Razem z okładką, z której trąci chłodem, tworzy to bardzo spójny i jednoznaczny koncept. Muzyka bije surowizną i garażem, nie ma tu nawet cienia cieplejszych dźwięków, żadnych pogłosów. Ale trzeba przyznać, że mimo oszczędnych środków, jest w tym energia. Może nie ogień, bo to nie tego typu metal. Na Manifest Destiny siła pierwszych dwóch albumów Omen zderza się z posępnością Manilla Road i jaskiniowym nieokrzesaniem wczesnego Cirith Ungol. Jeśli chodzi o same melodie, to bliżej temu do doom metalowej gałęzi NWOBHM i hard rocka przełomu siódmej i ósmej dekady poprzedniego wieku. Niby są to proste struktury, ale Kanadyjczyk ma ciągoty do kombinowania wymykającego się z klasycznego, piosenkowego układu zwrotka-refren. Numery są utrzymane w średnio-szybkich, pulsujących tempach, gitarki tną aż miło, tu i tam uderzy mocarny riff. Pięknie pracuje bas, dodając szczyptę punkowej energii, a to zawsze robi dobrze takiej muzie. A same utwory? Pozornie proste, żeby nie powiedzieć prostackie: schemat goni schemat, ograne riffy, proste melodie, patenty zarżnięte, jak świnia przed świętami. A jednak jest to pozlepiane bardzo sensownie. Z szacunkiem do klasyki i uwielbieniem starej szkoły. Oczywiście każdy, kto na co dzień nie jest za pan brat z taką muzyką, po pierwszym zderzeniu z Ice War wybuchnie śmiechem politowania, dlatego wszelkie uprzedzenia trzeba odrzucić w kąt. Niby to tylko klasyczny heavy metal, a pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz, ale w tym przypadku wyświechtane prawdy się nie sprawdzają. To nie jest tak łatwe, lekkie i przyjemne jakby mogło się wydawać. Wystarczy poświęcić płycie parę chwil więcej, a z czasem wyłoni się z tych dźwięków prawdziwa epicka moc, nóżka zacznie bezwiednie tupać, głowa będzie podskakiwać, a refreny same się będą nucić.

Panu Capitalicide udała się rzadka sztuka uchwycenia prawdziwej, starej magii epickiego grania. Gość robi swoje, nie zważa na nic. To jeden z tych maniaków, który wyssał heavy metal z mlekiem matki, co udowadnia każdym kolejnym utworem. Ten album to konkret, bez ściemy, bez zbędnych ozdobników i taniego silenia się na oryginalność. Ta muzyka po prostu ma jaja i jest całkiem dobrą receptą na skumanie takiej stylistyki z pozycji „tu i teraz”.

Ocena: 7,5/10

 

 

Rafał Chmura

Im większa abstynencja muzyczna, tym bardziej liberalne kryteria jej wyboru
Rafał Chmura

Latest posts by Rafał Chmura (see all)

Tagi: , , , , , , , , .