IDLES – “Joy as an Act of Resistance” (2018)

Skłamałbym pisząc że wydana rok temu Brutalism, debiutancka płyta hardcore punków z IDLES, była dla mnie muzycznym wydarzeniem roku. Jak na debiut była oczywiście imponująca, ale po pewnym czasie zaczęła mnie też nieco męczyć. Potencjał był jednak oczywisty, więc na następcę Brutalism rzuciłem się od razu po premierze z całkiem sporymi oczekiwaniami, które to zostały kilkakrotnie przerośnięte, a po miesiącu słuchania Joy as an Act of Resistance nie tylko nie mam dość, ale chce więcej i więcej.

Dla każdego, kto słyszał debiut IDLES, Joy…nie powinno być specjalnie zaskakujące. Główna formuła pozostała taka sama, Anglicy atakują skocznym i dynamicznym hardcore punkiem z jazgotliwymi gitarami i roznoszącą wszystko na swojej drodze sekcją rytmiczną. Tyle tylko, że tym razem jest bardziej przystępnie. Mniej tutaj szaleństwa z Brutalism, a dużo więcej prostych konstrukcji i kapitalnych melodii. Punkowy, protest songowy duch unosi się tu dużo wyraźniej niż na poprzedniczce, wystarczy posłuchać singlowych i genialnych w swojej prostocie Danny Nedelko czy Great. A przecież mamy jeszcze równie chwytliwy Never Fight a Man With a Perm, do którego aż ciężko nie skakać, czy perfekcyjny Samaritans, gdzie wokalista Joseph Talbot przewrotnie drze się pod koniec: „I kissed a boy and I liked it…”.

No właśnie, Talbot. Owszem, każdy w IDLES wykonuje swoją robotę na najwyższym poziomie, ale ten koleś robi za dwóch. A najlepiej to słychać chociażby w nieco prześmiewczym Love Song, gdzie tekst i wokal Talbota prowadzą cały utwór, czy też w równie ironicznym, co politycznym I’m Scum, kolejnym skocznym koncertowym killerze. Tu też rzuca się w uszy rzecz będąca wyróżnikiem twórczości IDLES. Pewnie, że goście grają wściekłe i zaangażowane protest-songi, jednak nie spod znaku wisielczego sloganu „no future”, za to pełne życia, radości i charakterystycznego angielskiego humoru. Cóż, tytuł w końcu zobowiązuje, a co najważniejsze ostateczny efekt jest bezsprzecznie wyjątkowy i szczery.

Kilka utworów wyłamuje się jednak z tego schematu radosnego hardcore’owego łomotu. Otwierający Colossus to doskonały wstęp, wolno nabierający tempa aż do wesołej punkowej, ostatniej minuty. Zamykający, agresywny Rottweiler jest z kolei bardziej złożony, poważny i najbardziej przypomina to, co znamy z Brutalism. No i June, stanowczo najtrudniejszy w odbiorze utwór, piękny, wolny, boleśnie osobisty, o druzgoczącej dawce emocji zawartej w głosie Talbota. Na dodatek umieszczony po środku płyty, totalnie wytrącający słuchacza z rytmu. I nie jest to wada, bo dokładnie taki powinien być. Nic na tym albumie nie jest przypadkowe, wszystko działa.

Nie sądziłem, że dane mi będzie jeszcze zakochać się w jakimś punkowym zespole. Jak wiadomo punk umarł, a nekrofilia jakoś nigdy mnie specjalnie nie pociągała, nawet ta muzyczna. Tyle, że IDLES nie do końca brzmią jakby próbowali punkowy ruch wskrzesić. Raczej wesoło tańczą sobie na jego grobie.

Ocena: 9,5/10

 

Tagi: , , , , , .