Indian Nightmare – “By Ancient Force” (2019)

Był rok 2014, kiedy to kilku zapaleńców postanowiło założył zespół i zrobić razem trochę hałasu. Rzecz się działa w Berlinie, i nie byłoby w tym absolutnie nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że Panowie tworzący Indian Nightmare pochodzą z różnych, bardzo od siebie odległych stron świata. – m.in. z Włoch, Indonezji, Turcji i Meksyku. Jak widać, różnorodna wielokulturowość nie stoi na przeszkodzie, kiedy chce się grać metal.

A metal proponowany przez tych maniaków to nic innego jak mokry sen każdego ślepo zapatrzonego w lata 80., starego załoganta. Indian Nightmare wydaje się po prostu tribute bandem całej masy grup z kręgu heavy/speed/thrash i początkującego black, które osiągały szczyty mniej więcej w połowie ósmej dekady XX wieku. Nie słychać tu żadnych innych odniesień ani też żadnych szerszych ambicji. W tym przypadku to zaleta, bo chłopaki absolutnie nie mają zamiaru silić się na jakąkolwiek oryginalność, tudzież wyważanie dawno otwartych drzwi. Oni dokładnie wiedzą, co grają i mają pełną świadomość bycia kopistami całego przekroju zjawisk. Podejrzewam, że mogło się obyć nawet bez prób – melodie, riffy, maniera wokalna, solówki, perkusyjne przejścia – wszystko jest tak podręcznikowe, że bardziej się już nie da. Motoryka starego Motorhead podana na przemian z odniesieniami do barbarzyńskiej, amerykańskiej surowizny, riffy żywcem wyjęte z klasyków NWOBHM, pierwszych nagrań Sodom i paru innych, thrashowych załóg. Brudne brzmienie, punkowa niechlujność, pulsujący bas, krzykliwy wokal, choć operujący w bardzo szerokich skalach, tu i ówdzie uśmiech do Kinga Diamonda, albo ukłon do Warfare. Tylko tyle, i aż tyle, ani grama więcej.

Adresaci takiego grania raczej kręcić nosem nie powinni, ale umówmy się – takich zespołów jest na pęczki. Indian Nightmare wpasowuje się w schemat bez pudła, ale gdzieś po drodze chłopaki chyba zapomnieli, że jest różnica między graniem dla samego grania, a graniem z jajami i wygarem. Muzyka co prawda nie traci na mocy ani na intensywności, ale pod koniec zaczyna się robić po prostu nudno. Pierwsze dwa, trzy numery koszą aż miło, ale siedem kompozycji zamkniętych w czterdziestu minutach grozi co najmniej lekką niestrawnością. Zespół zaczyna dusić się pętlą, którą sam sobie zarzucił na szyję – wszystkie składowe stają się do bólu powtarzalne i oklepane, trudno wychwycić coś, co przykułoby uwagę. Nóżka szybciej tupnie przy Yang Tarampas Dan Terampas, który jest speed metalową wariacją dalekowschodniej melodii ludowej i feelingu starego Thin Lizzy, ale to niestety ostatni naprawdę fajny fragment tej płyty.

Trudno mówić o zawodzie czy zmarnowanym potencjale. Panowie na pewno grać potrafią, wiedzą też, że w tej skale można rzeźbić niemal bez końca. Pytanie jak długo będzie się chciało słuchaczom obserwować efekty tej pracy. W przypadku By Ancient Force kilka razy to więcej niż dość, żeby mieć pełen obraz sytuacji wraz z całą perspektywą.

Ocena: 5,5/10

 

Rafał Chmura

Im większa abstynencja muzyczna, tym bardziej liberalne kryteria jej wyboru
Rafał Chmura

Tagi: , , , , , , , , .